12 -Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Spread the love

Nocowaliśmy w Humaniu. To połowa drogi z Krymu do Lwowa. Już nie zwiedzamy, zresztą pogoda za oknem okropna. Temperatura coraz niższa i na dodatek leje deszcz. Teraz podsumowujemy wrażenia. Marzena pyta o absurdy. Mnie wydaje się, ze notowałam je cały czas. A może nie? Może trzeba je wypunktować? 
Czy pisałam już o… toalecie, w której można trenować odpowiednią postawę do wyjścia z progu? Może to potrzebne? Przecież zima zapukała do naszych drzwi. Lada moment zaczną się narciarskie skoki. Odpowiednią pozycję godną Adama Małysza, Jane Ahonena czy Martina Schmidta można poćwiczyć w ukraińskich toaletach. To specjalne doły z dziurami w ziemi. Tak wygląda tu większość WC w przydrożnych kofie, na stacjach benzynowych i… tak wyglądała toaleta w Krasnopili, gdzie spędzaliśmy pierwszą noc w trakcie naszej podróży na Krym (nocleg we Lwowie był raczej „ciutświtannym” spaniem). Ta toaleta w Krasnopili miała jeszcze coś, co mnie zdumiało. To domowej roboty tapeta. Wszystkie ściany toalety zostały wybite białym papierem, by całość sprawiała wrażenie odświeżonego. Obicie papierem ma też powodować ogrzanie kibelka. Gdy wewnątrz papier, wówczas szparami nie wieje. To zapewne ma znaczenie, gdy na dworze siarczyste mrozy, bo przecież potrzeba fizjologiczna gna człowieka do toalety bez względu na pogodę. 


Obejście w Krasnopili. Po prawej stronie widać toaletę w wersji „narciarz”.

Drugi absurd to… niesamowita ilość bezdomnych psów i kotów. Kotów zresztą jest więcej. Podczas całej podroży sfotografowałam ich kilkadziesiąt. Gdyby ktoś spytał po co, to odpowiadam, że z myślą o Basi – mojej kierowniczce produkcji. Chcę jej pokazać, jakie mimo wszystko są piękne. Choć nie wiem, czy moja opowieść o biednych kotach leżących na środku chodników, placów i ulic nie sprawi, że Basia wpadnie w przygnębienie, a tego bym nie chciała. Bezdomne koty bywają tu malutkie – takie, które dopiero przejrzały na ślepka. Często są niesłuchanie chude i zaniedbane. Wielokrotnie na ich widok kroiło mi się serce. Choć raz chciało mi się śmiać. Gdy kot siedział na kamieniu, który był zrobiona po amatorsku reklamą budki z hot dogami. A skoro w ten sposób doszłam w swoim wywodzie do psów, to wyznam jeszcze, że z psami na Ukrainie nie jest lepiej niż z kotami. Marzena kilka z takich psów dokarmiała niezjedzonymi po drodze z Warszawy kanapkami. W jednej z miejscowości, w której jedliśmy obiad, podszedł do nas pies, który na pewno był bity. Wychudzony, roztrzęsiony miał w oczach taki głód, że Marzena zdecydowała się dać mu bułkę, bo nic już więcej nie miała do jedzenia. Pies nie chciał wziąć z reki, a gdy kawałek bułki został rzucony zbyt blisko nas, bał się brać. Wreszcie głód zwyciężał. Pies jakby godził się na ewentualny cios z naszej strony, byleby tylko zaspokoić głód. Widząc jego roztrzęsienie Marzena zdecydowała się rzucać kawałki bułki dalej od siebie. Po co psu stres? Odjeżdżaliśmy już, gdy pies zaczął przychodzić bliżej samochodu. Zbierał szybko wszystkie okruszki, które upadły na ziemię w miejscu, w którym wcześniej kucała Marzena, by połamać dla niego bułkę. Przez szybę widziałam jeszcze parking i psa, który odkurzał też to, co Marzena wytrzepała z foliowej torebki, w której trzymała bułkę. Pewnie musi mu to na długo starczyć. Dziś wiem, że gdybym miała pojechać na Ukrainę znów to z co najmniej dwoma wielkimi worami żarcia dla psów.


Hot dog, czy kot? Zdjęcie zrobione w Ałuszcie.

Kolejny absurd to obyczaje restauracyjne. W najlepszej naszym zdaniem knajpie, w jakiej jedliśmy w czasie wyprawy, czyli w „Podsłonecznikach” w Partenicie kelnerka co chwila sięgała nam przed nosem, po rzeczy na stole. To tu normalne. Tak jak naturalne jest, że nie podadzą nam sałatki razem z drugim daniem. Najpierw na stole wyląduje bowiem sałatka, potem zupa, a potem drugie danie. Dlatego wielokrotnie godni jedliśmy sałatkę i zgrzytaliśmy zębami w oczekiwaniu na dalsze jedzenie. Na widok gościa włączają muzykę i nawet jak gość jest jeden i się krzywi nie wyłączą. W restauracji naszego ostatniego hotelu, czyli w Fortecy w Humaniu, gdy prosimy kelnerkę o musztardę do parówek i cytrynę do herbaty otrzymujemy to po jakimś czasie (przez ten czas zarówno herbata jak i parówki tracą swoja odpowiednia do spożycia temperaturę). A na końcu spotyka nas niespodzianka w postaci rachunku za musztardę i cytrynę. Tej ostatniej nota bene Marzena dostaje kilkanaście plasterków, choć z powodzeniem zadowoliłaby się przecież jednym. 
Ceny pokoi to kolejne zdziwienie. Po pierwsze nie odpowiadają prawdzie, którą nam się tu głosi wszem i wobec. Np. humański hotel „Forteca” miał rzekomo nasz kosztować 800 hrywien albo i dolarów. (Tak powiedzieli w jednym z podłych hotelików, w których za wszelka cenę chcieli nas zatrzymać ii dziwili się, ze my nie chcemy.) Na miejscu okazuje się, ze cena dwuosobowego pokoju to 219 hrywien. W przeliczeniu na złotówki wynosi to nocleg 35 złotych od osoby i w cenie jest śniadanie 
Śniadania to osobna historia w ukraińskich hotelach. W jednych jest szwedzki stół, w drugim jak na Wczasach Funduszu Pracowniczego, a w innych z kolei jak na stołówce w fabryce. 
W niektórych hotelach jest barek w innych nie ma. My i tak nie korzystamy, ale rzecz, która nas szokuje to fakt, że w jednym (w Teodozji) żądają od nas opłaty za wypitą w pokoju wodę mineralną. Przecież na całym świecie takie coś jest w cenie pokoju! 
Standardy hoteli też zadziwiają. Gdy pytamy o dobry hotel, to miejscowi z reguły wskazują takie nory, ze strach się bać wchodzić O tych, które my wybieramy opowiadają legendy. Nie wolno w nie wierzyć Wszelkie historie, że tu nocleg kosztuje 1000 dolarów należy włożyć między bajki. Śpimy w trzygwiazdkowych hotelach,w których ceny rzadko kiedy przekraczają 200 złotych za pokój dwuosobowy. Szukamy takich, bo wiemy, ze w takich z reguły powinno być WiFi. Ale  dobrze wiemy, że z tym WiFi jest tu różnie. W niektórych hotelach są kartki z kodem do „radiospot”, czyli radiowy internet. Trzeba się zalogować i podać kod z kartki Login wygląda jak e-mail, bo w środku ma małp, czyli po rosyjsku „sabaczku”. Gdzie indziej jest bezprzewodowy nie szyfrowany, więc nie wszędzie można wejść, bo sporo portali blokuje dostęp do swoich stron jeśli wchodzi się z pewnych adresów. Są też miejsca bez internetu. 
Osobnym absurdem są drogi. Z jednej strony szerokie, z drugiej trochę dziurawe, ale nie bardziej niż w Polsce, a z trzeciej źle oznakowane. Drogowskazy są tu rzadko i podobno nie odpowiadają prawdzie.
Kolejnym absurdem jest styl jazdy tutejszych kierowców. Na porządku dziennym jest: jazda bez świateł, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, a w nocy wyprzedzanie na długich. Z tym wiąże , a co za tym idzie się jazda pod prąd i nieliczenie się z tym, który jedzie z naprzeciwka. 
Zadziwia mnie też sprawa pieniędzy. Od ponad 10 lat Ukraińcy płacą w hrywnach, ale i tak cały czas nazywają je rublami! 
Powala mnie też brzydota miast. W każdym z mijanych gorodow obok pięknych zabytków stoją blokowiska. Wszystkie są odrapane, brzydkie, z powybijanymi oknami i poobrywanymi płytami z zewnątrz. Po drodze mija się setki a nawet tysiące opuszczonych budynków Nie jest to tak, jak w Polsce gdzie raz na jakiś czas przy drodze trafia się mały domek, który ktoś budował, ale nie starczyło mu pieniędzy na ukończenie. Tu rzecz dotyczy całych fabryk czy bloków i idzie to w tysiące kompleksów, a co za tym idzie w tysiące niedokończonych betonowych klocków. Beton jest wszędzie, a nadmorskie kurorty morza czarnego to betonowe deptaki. To świat, w którym duch Lenina wiecznie dyszy za plecami szarego, pracującego człowieka miast i wsi. Zresztą… Leninów spotykamy sporo. Przed takim w Kerczu fotografuje się jako mówca, bo tuż przed pomnikiem jest mównica. 


Ja, jako mówca!

Z pozytywnych spraw zauważam: podobne do naszego poczucie humoru, a co za tym idzie u wielu ludzi chęć do uśmiechania się do świata, czyli… pogodę ducha. A to najważniejsze! Bez pogody ducha i myślenia, że szklanka jest do połowy pełna nie zawsze da się funkcjonować w raju, a co dopiero na Ukrainie, której do raju daleko. Na pewno jednak będę chciała tu powrócić. I nawet nie dlatego, że arbuzy i pomidory są tu najpyszniejsze i chyba najtańsze na świecie. Ta mierzeja arbacka i widoki, jakie tam ujrzałam zapadły mi w pamięć. Chciałabym przejechać tę trasę jeszcze raz. I mogę to zrobić peugeotem. Bo zarówno „gwiazda”, czyli peugeot 3008, jak i „rosomak”, czyli peugeot 807 zdały test z ukraińskich dróg.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.