11 -Krymska wyprawa peugeotem z plusem

Spread the love

Hotel „Lidija”, choć najlepszy w Teodozji i na dodatek z WiFi, nie pomaga w pracy. Nie mogę zamieścić nic na blogu, bo… Onet założył blokadę, na wszelkie próby łączenia się z takiego miejsca. Pewnie ukraiński adres i fakt, że korzystamy z łączy niezabezpieczonych, robią swoje. Dlatego z napisanym tekstem, przekopiowanym na pen drive’a ruszamy w trasę. Swoje wczorajsze „wypociny” zamieszczę na blogu już w trasie korzystając z kart Plusa. Oczywiście, gdy będzie zasięg i działający GPRS, a z tym tutaj trudno. 


Ostatnie spojrzenie na cywilizację, czyli… Soliane i stary motor z koszem.

Ruszamy w kierunku Mierzei Arbackiej. Chcemy przejechać nią na północ Krymu. Mierzeja Arbacka przechodzi pomiędzy Morzem Azowskim i zalewem Siwasz, na który składa się kilka słonych jezior. W naszym przewodniku napisano o niej tylko tyle, że jest ciekawa, znajduje się tu rezerwat przyrody, a droga przez nią wiodąca nie jest asfaltowa. Decydujemy się na jazdę tą trasą. Przed nami ponad sto kilometrów piaszczystej drogi. Po prawej stronie będziemy mieć Morze Azowskie, a po lewej zalew Siwasz. Ruszamy. 
Wielokrotnie na Ukrainie stwierdzałam, że rozumiem czemu jedna z najbardziej znanych radzieckich pieśni brzmi: „szyroka strana maja radnaja”. Bo tak tu jest. Wszystko tu jest wielkie. Ten teren też. Mierzeja, która na mapie wygląda jak cieniutka kreseczka, w rzeczywistości ma kilkaset metrów szerokości. Wjeżdżamy na nią klucząc i pytając ludzi o „arbatskuju strielku”, bo drogowskazów tu nie ma. Ale na Ukrainie najlepiej stosować metodę „koniec języka za przewodnika”. Pytanie „izwnienitie pażalujsta, ja choczu sprasit…” Lub: „Izwienitie pażalujsta u nas odin wopros” mamy opanowane do perfekcji. 

Brzeg  morza Azowskiego.

Arbacka mierzeja to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam na Krymie, choć wjazd na nią rozpoczął się od spostrzeżenia, że brzeg plaży jest równo pokryty zielonymi, potłuczonymi butelkami. Ładniej jest dalej, choć są ślady bytności człowieka. Widać je co krok. Najwyraźniej rezerwat, o którym czytaliśmy w przewodniku to miejsce, w którym można śmiecić. 

Plaża Mierzei Arbackiej.

Arbacka Mierzeja to równina. Nie ma tu gór, jak na południu Krymu w okolicach Jałty. A jednak krajobraz zmienia się nieustannie. Oczywiście najpierw zajeżdżamy nad Morze Azowskie. Chcemy umoczyć ręce w jego wodach. Morze jest ciepłe, a plaża pokryta gruboziarnistym piaskiem zmieszanym z muszelkami. Pełno ich tutaj. Są to po prostu muszelkowe połaci ziemi. Włodek zbiera muszelki dla dzieci. Ja dla siebie. Decydujemy się też zjeść tutaj naszego arbuza, bo krymskie arbuzy nigdzie nie smakują tak dobrze, jak na świeżym powietrzu. Droga przez mierzeję trwa. Często jedziemy bardzo wolno. Często stajemy, by sfotografować różne ciekawostki: pastucha z owcami, który nie wiadomo jak i czym tu dotarł; psa, który znikąd pojawia się na drodze; dwa pasące się konie, z których jeden nagle przewraca się i zaczyna tarzać w piachu; czaple stojące na brzegu morskich zatok; a także to, co najpierw bierzemy za dymy unoszące się nad pustkowiem, a co okazuje się… rojem owadów. Jak to wygląda? Oto gdzieś hen przed nami w górę wzbijają czarne smugi. Bierzemy to za dym i zastanawiamy się co tam płonie? Każdy ma inną koncepcję, ale po kwadransie wszystko się wyjaśnia. To unoszące się ku niebu owady, lecące w kominowych rojach. Są ich tu setki tysięcy. Moim zdaniem nakręcenie bajki o życiu przyrody na tej mierzei byłoby bardziej fascynujące od „Pszczółki Mai” czy „Dawno temu w trawie”. 

Dzikie ptactwo bytujące na mierzei Arbackiej.

Wspólne zdjęcie robimy sobie na zaschniętym brzegu zalewu. Marzena podziwia mieniące się pod butami kryształki soli. Jędrzej ustawia aparat na przyniesionym z auta kartonowym pudle. Pstryk i na fotce jest nas cała piątka. Brak tylko Janusza, który wczoraj wyjechał do Eupatorii, a dziś  zmierza w kierunku Humania, bo tam zaplanowaliśmy nocleg. 
Wyjeżdżając z mierzei mijamy niedokończone ośrodki wypoczynkowe. Tu wiele miejsc jest takich niedorobionych. Stąd przy drogach budowle bez okien lub dachów, a także różne rudery i sterty śmieci. To wszystko to stały element ukraińskiego krajobrazu. Łatwo teraz chyba zrozumieć czemu wtedy w Sudaku zadziwiły nas grupy ludzi sprzątających teren. Mierzeją jedziemy bez mapy, bo GPS, na którym zresztą są tyko główne drogi Ukrainy został w drugim aucie, a GPS pokładowy naszego peugeota Ukrainy w ogóle nie ma.



Nasz kultowy posiłek na Krymie. 

Trasa przez Mierzeję Arbacką zajęła nam trzy godziny. To były trzy godziny prawdziwej wolności. Nie działały telefony, dookoła nie było nic (poza pojawiającymi się wszędzie śmieciami). Pierwsza miejscowość na północy mierzei to Strielka. Tu wchodzimy do sklepu i robimy zakupy. Wybieramy dwie wielkie słodkie bułki z rodzynkami, które jemy na schodkach popijając wodą. Do bagaży ładujemy chałwy na wagę. Moja jest największa w sklepie. Wybieram ją dla syna. Podejrzewam, że jak przywiozę i mu ją dam, a on ją zje to go zemdli. 
Tuż obok sklepu dostrzegam dziwny domek. Dziwny dlatego, że wygląda jak domek, ale na dachu jest kopuła i wieżyczka z prawosławnym krzyżem. Zaczepiam jakiegoś faceta z rowerem i cynkowaną blachą na bagażniku. Pytam, czy to kościół. Potwierdza. Ma tatarskie rysy twarzy i skórę spaloną od słońca. Mówi, żebym podeszła tam. 
Najpierw obchodzę budynek dookoła i robię kilka zdjęć. Wreszcie przez furtkę wchodzę na podwórko. Staję na progu kościołka. Widzę, że trwa tu remont. Zagaduję pracujące tam osoby o to, czy mogę wejść. Trzech mężczyzn i jedna kobieta pytają skąd jestem. Gdy mówię, że z Polski, uśmiechają się i zapraszają do środka. 

Wnętrze remontowanego kościółka w Strilkove.

– Z Polski, to chrześcijanka? – upewnia się jeden z mężczyzn. Kiwam głową potakująco. Wchodzę. Ikonostas jest prawie rozebrany. Na środku drewnianego domku-kościoła budowane są z cegieł kolumny. 
– Sufit trzeba podnieść wyżej – mówi ten gruby i tłumaczy po chwili, pokazując szczegóły. – Sufit wali się. 
Spoglądam w górę. Rzeczywiście. Na suficie widnieją rysy. Wiszące na ścianach ikony przykryte są kotarami. Pytam, czy kościół jest stary. Odpowiadają mi, że stary i pod wezwaniem Św. Mikołaja. Ale to ostatnie już wiem, bo przeczytałam na szczycie budynku i ikonę Św. Mikołaja zobaczyłam wchodząc za bramę. Jednak nikt nie wie jak stary jest kościół. Wszyscy mówią, że stary, ale ile ma lat nie wie tu nikt. Dla tych ludzi nie jest to ważne. Dla nich ważne jest, by kościół istniał i było się gdzie modlić. 
Po kilku minutach ruszamy w dalszą drogę. Przed nami powrót do Lwowa. Łączę się z konsulatem, bo we Lwowie nadejdzie dla mnie czas wytężonej pracy. Już wiem, że na Wysokim Zamku leży śnieg. Czas wrócić do mroźnej europejskiej rzeczywistości. W samochodzie, w bagażniku obijają się o siebie krymskie arbuzy. Znak odchodzącego lata, które dla mnie w tym roku pojawiło się jeszcze raz, podczas tej wyprawy na Krym.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.