Odgrzewanie kotletów

Spread the love

Ostatnio stwierdziłam, że życie samo zmusza do odgrzewania kotletów. Napisane w ciągu ostatnich lat trzy książki leżą w szufladzie, a podobno jestem „taką uznaną autorką”. W księgarniach moich książek jak na lekarstwo. Wydawca „Klasy pani Czajki” zaproponował więc, bym dopisała jeden rozdział do powieści, która na rynku jest od 8 lat. Co ciekawe o powieść ciągle pytają nauczyciele i bibliotekarze, bo „Klasa pani Czajki” jest w kilku podręcznikach, zeszytach do ćwiczeń itd. Nie rozumiem więc stanowiska księgarzy i hurtowników, którzy bez napisu „nowość” lub „uzupełnione” nie chcą książki sprzedawać, choć pozycja jest na liście lektur i czytelnika ma. No, ale grzecznie co chciano – dopisałam.  I Tak pod koniec kwietnia do księgarń trafi nowa wersja „Klasy pani Czajki”, a ja… siedzę na kolejnymi książkami, które z tego co widzę znów zalegną w biurku. Należę do tych, którzy w przyszłość patrzą zawsze z optymizmem. Zapragnęłam być pisarką, gdy byłam dzieckiem. Zadebiutowałam jako nastolatka, ale wydanie książki czekałam aż przekroczyłam trzydziestkę. Gdy opowiadam to ludziom młodym żądnym natychmiastowego sukcesu wszyscy pytają, czemu się nie załamałam, że tak długo przyszło mi czekać. Zawsze odpowiadam, że po prostu wydawało mi się, że to się stanie już a chwilę, już za momencik. Tymczasem… zleciało trochę czasu. Teraz znów czas płynie jakby wolniej. Mnie się ciągle wydaje, że lada moment uda mi się znaleźć wydawcę na te rzeczy, które leżą w szufladzie. Tymczasem… czas płynie i nic. Wydawcy milczą, u wielu maile giną, a niektórzy żądają wydruku, choć już raz dostali i im zginął. Ja już nie mam pieniędzy, by kolejną ryze i hektolitry atramentu wyrzucać do kosza. Czytelnicy pytają: „Czy pani cos pisze?” albo: „Kiedy będą Siłacze?” A ja odpowiadam zgodnie z prawdą. Piszę. I tylko na pytanie, kiedy to skończę albo kiedy ktoś to przeczyta w książce nie umiem odpowiedzieć. Paradoksalnie, gdy przedstawiam wydawcom to co nie wydane wszyscy zgodnie mówią: „To fajnie, ale niech pani napisze cos takiego (tu konkretna propozycja), wtedy na pewno pani weźmiemy i wydrukujemy.” Niestety, gdy przychodzi co do czego nie jest tak łatwo. Już kilka razy robiłam coś na prośbę wydawców. „Kamerą i piórem”, które cały czas nie może się ukazać, choć teoretycznie ma już wydawcę, powstało na prośbę takiego właśnie wydawcy, z którym rozmowy trwały pół roku. Nie skończyło się to publikacją. Gdy przyszło do podpisywania umowy usłyszałam, że mam za słabe nazwisko. Podano przykłady nazwisk celebrytów, których książki nie sprzedały się tak, jak tego oczekiwano. Fakt, że celebryci pisać nie potrafią został skrzętnie pominięty milczeniem. Do domu wróciłam wtedy zła jak osa.

Teraz siedzę nad drobnymi rzeczami, pcham swój chudy wózek do przodu analizując całe swoje zawodowe życie. Gdzie popełniłam błąd? Bo nie schlebiam? Bo nie obściskuję się z kim trzeba? Wiem, ze powinno się to robić, ale nie lubię być w jakimkolwiek układzie. Nie lubię czegoś musieć. Lubię być wolna. A wolność kosztuje. Mnie kosztuje brak poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji finansowej. I tak się ostatnio stało, że z pisarstwa, choć codziennie coś pisze, pozostało mi odgrzewanie kotletów, czyli jeden dodatkowy rozdział w „Klasie pani Czajki”. No, ale dzięki temu skończą się telefony do mnie nauczycielek i bibliotekarek z pytaniem: „Gdzie można kupić jakąś pani książkę?” Wreszcie będzie w księgarniach. Choć jedna z nich.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.