Dwieście worków

Spread the love

Nienawidzę i zawsze nienawidziłam tłumów gapiów. Gapiów, którzy się gapią, gdy inni pracują. Gapiów bezmyślnie robiących zdjęcia, gdy inni np. ratują człowieka. Wczoraj widziałam ich tysiące. Ale… po kolei. 
Zanim przypomniałam sobie opowieści Ojca o mojej praprababce Annie z Neumannów Przybytkowskiej, czyli „Żelaznej Annie” i o tym, że swój drewniany domek, który do dziś stoi na Saskiej Kępie (a w którym mieszkają kuzyni) pod adresem Walecznych 37, zbudowała ponad sto lat temu na górce, oczywiście wszystko po to, by w czasie licznych powodzi, gdy jeszcze nie było Wału Miedzeszyńskiego górował nad okolicą, zdążyłam dostać palpitacji serca. Niby mój domek obok, ale nie na górce, ale i też nie tak strasznie nisko. Jednak strach przed powodzią czułam ogromny. Czuję nadal, choć przyznam, że wspomnienie opowieści Ojca o tym, jak drzewiej zalewana była Saska Kępa (i przeżyła) trochę mnie uspokoiło. Zanim jednak sobie to przypomniałam, zdążyłam sto razy się zdenerwować. Mieszkam na pierwszym piętrze. Nie dałabym rady wywieźć swoich rodzinnych mebli czy pamiątek. Nie mam zresztą gdzie. Byłabym zrozpaczona, gdyby dokumenty, które przeżyły obie wojny światowe, Powstania Listopadowe, Styczniowe i Warszawskie zostały zalane przez powódź. 
W ogóle to zaczęło się od tego, że pojechałam wczoraj na spotkanie autorskie do Sosnowca i po drodze widziałam całe pola zalane wodą. Straszny to był widok. Miałam zresztą kłopoty z powrotem do domu, bo pociąg EuroCity z Wiednia, na który miałam bilet, miał 2 godziny opóźnienia. Zdecydowałam się jechać TLK – 2 godziny dłużej. Zamiast o 15:30 byłam w Warszawie o 17:30. Gdy o 19-tej na dworcu Wschodnim, na którym załatwiałam zwrot różnicy ceny biletów pytałam o EuroCity, którym przecież miałam jechać – jeszcze go w Warszawie nie było. A powinien był być przecież o 15:30. 
Po zjedzeniu w domu zupy i obejrzeniu w telewizji informacji o fali powodziowej zbliżającej się do Warszawy, pognałam najpierw przestawić samochód w bezpieczniejsze miejsce, a potem pobiegłam nad Wisłę. Idzie ta fala, czy nie idzie? Jestem bezpieczna czy nie? Doszłam do rzeki Aleją Waszyngtona i wiaduktem Poniatoszczaka. Tłum gapiów był wielki. Ludzie obstawili wschodnie wieżyczki mostu, stali wzdłuż barierek i… gapili się. Tymczasem z dołu dobiegał głos nawołujący przez megafon do pomocy przy workach. Padałam na pysk, bo przecież wstałam o 4-tej rano, by jechać do Sosnowca, no ale nie tak mnie wychowano! Proszą o pomoc, to trzeba choć trochę z siebie dać. Choć na chwilę podejść i zrobić tyle, ile umiem i jestem w stanie. Zbiegłam więc po schodach z Poniatoszczaka i poszłam do tych, co sypali umocnienie. Nosić worków siły nie miałam. Nasypywać nie miałam czym, bo przyszłam bez łopaty, ale mogłam wiązać. Dostałam pęk sznurków i… rozpoczęłam wiązanie. Wsłuchiwałam się w odgłosy rozmów ludzi, którzy pracowali koło mnie. Byli różni – starsi, młodzi, harcerze, strażacy, a nawet rodzice z dziećmi. Koło mnie stanęła starsza pani, która z domu przyniosła mężowi dwie łopaty i koszulę na zmianę. Mama z córką cięły sznurek i rozdawały ludziom. Poznałam kilka metod wiązania worków, z czego najszybsza okazała się młynarska. Zawiązałam ich około dwustu wysłuchując rożnych nawoływań. 
– Dawać puste worki! 
– Tu wiązać!
– Teraz ładujcie małe!
– Małe kładźcie z boku!
– Małych teraz nie napełniać! Potrzebne duże!  
– Podawajcie teraz worki z tej strony! 
– Nie wsypujcie piasku za dużo! 
Dziesięć razy tyle osób obserwowało naszą pracę, a młodzi pijaczkowie mijając nas śpiewali „płynie Wisła płynie”, bo to co się dzieje to przecież takie wesołe, jak piknik. Przestałam wiązać po zawiązaniu przeszło dwustu worków, bo zdarłam sobie skórę z rąk, a zwłaszcza z obu małych palców i zaczęła mi lecieć krew. Poza tym naprawdę się zmęczyłam. W końcu byłam na nogach od 4-tej rano… a tu była 22-ga. Wróciłam do domu i zaczęłam pisać ten tekst, ale… zasnęłam w połowie zdania z laptopem na kolanach. A w sumie chciałam napisać tylko, że wstyd mi za niektórych Warszawiaków. Za tych gapiów, którzy mimo nawoływań wzruszali ramionami, gapili się i… nic. I robili sobie zdjęcia na tle powodzi i pracujących ludzi. Zadzwoniłam do przyjaciółki, ale powiedziała, że może to nie prawdziwi Warszawiacy. Może i nie…

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, historyczka sztuki, blogerka.