Zmęczona ostatnim tygodniem i spaniem po cztery godziny na dobę postanowiłam zresetować umysł. Padło na „Samych swoich”. Mimo upływu lat coś jest magicznego w tym filmie. I w dialogach. A to Polska właśnie! I nie będę pisać kto to wszystko mówi, tylko jak Pan Jowialski spytam: Znacie? To posłuchajcie.
– Ooo człowiek!
– Eee tam! Człowiek. Musi jakiś tutejszy.
– Jak my się teraz z moim Kacprem najdziem, jak tu i niebo inne?
– Kargule tu są.
– Oj bandyty! Znaczy znaleźli my swoje miejsce!
– A wróg, ale mój, swój, nasz. A trzeba nam było szukać nowego wroga, jak tu pod bokiem znalazł się stary? Toż to by było nie po bożemu.
– Co to za dom, jak pieca nie ma? Upiec upieczesz, ale gdzie spać?
– Gdzie tu spiryt?
– Ot i grosz nam się kończy!
– Wojna!
– To już będzie moja czwarta z czego dwie światowe.
– A ty czego nie płaczesz?
– A bo to się pierwszy raz godzimy? Patrzeć wolę.
– Ciii. Sami swoi.
– Ty masz jej nienawidzić!
– To jak ja się tak napatrzę, to tak nienawidzę, że aż strach.
– Ani chybi idzie ku dorosłości.
– Rower poniemiecki, a kot z miasta Łodzi pochodzi.
– Patrzaj Kaźmirz, Witia wierzchem jedzie.
– Nie może być? Na kocie?
– Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.
– Naszemu sąsiadowi ogiera ukradli. A taki był ładny, amerykański, szkoda.
– Klaczkę masz oźrebić, Witie bogato ożenić, a Pawła od maleńkości z karabinem oswajać.
– Na ten tydzień jeden pogrzeb wystarczy. Dawaj chodź.
– Oj żeby przez te niemiecke spowiedź mama choć czyśćca dostąpiła.
– Kargul. Podejdź no do płota. Jak i ja podchodzę.
– Ale i tak nas więcej od Kargulów boś ty Pawlaczka.
P.S. Byłam na pogrzebie biskupa Płoskiego i ks. Osińskiego. Przed Katedrą Polową cały czas stały zalaminowane kondolencje, które kilka dni temu przywiozłam od uczniów z Witoni.