Kibicowanie obowiązkowe?

Spread the love

Nigdy nie lubiłam obowiązków. Żadnych! Odrabianie lekcji było katorgą, bo nigdy nie lubiłam robić tego co mi każą. I tak mi zostało. Zmuszania do czegokolwiek nienawidzę, a ostatnio boję się, że zostanę zmuszona do bycia kibicem. Choć zdarzało mi się oglądać mecze („wszedłeś między wrony to kracz jak i one”), jednak nigdy nie było to moje ulubione zajęcie. Kibicowanie jest to dla mnie jakaś nawet nie subkultura, a podkultura jeśli w ogóle mogę tu mówić o kulturze. Nie twierdzę, że wszyscy kibice są prymitywnymi karkami, których najbardziej interesuje tłuczenie się na trybunach, ale sama piłka nożna jako sport nie interesuje mnie. Dlaczego? Mecze trwają za długo i oglądanie ich to dla mnie strata czasu. Nie odpoczywam podczas ich oglądania tak, jak np. wtedy, gdy oglądam film czy słucham muzyki.

Niestety od kiedy Polsce i Ukrainie przyznano prawo do organizowania Euro 2012 zaczął się czarny sezon w moim życiu. Zarówno w życiu zwykłego człowieka, jak i mieszkanki Saskiej Kępy. Dziś po raz kolejny moja egzystencja przypomina taką w domu wariatów. A wszystko dlatego, że znów coś dzieje się na Stadionie Narodowym, który od mojego domu jest o przysłowiowy rzut beretem. Jeszcze w lipcu ub. roku podczas dnia otwartego na Stadionie Narodowym przeżyłam gehennę. Były akurat moje urodziny i pojechaliśmy do Łazienek na Koncert Chopinowski. Gdy wróciliśmy na Kępę nie miałam gdzie zaparkować. Nawet brama na podwórko była zastawiona. Ponad półgodzinne krążenie po uliczkach w poszukiwaniu miejsca postojowego odbiło się na moim zdrowiu, bo fizjologia ma swoje prawa, a pieluch jeszcze nie używam. Szczegółów oszczędzę. Nie będę opisywać póz, które przybierałam za kierownicą. Nie będę też przytaczała slow, które mełłam w ustach. Wspomnę tylko, że potem w użytku był nawet antybiotyk!

Kilka tygodni temu podczas uroczystego otwarcia stadionu sytuacja się powtórzyła. Na szczęście nie z fizjologią i antybiotykiem, ale z samym parkowaniem. Powtórzyła się mimo, że miasto zapowiadało, że na Saska Kępę wjazd będą miały tylko samochody mieszkańców. Niestety. Kilka godzin przed zamknięciem terenu dla „obcych” Kępa była przez nich po prostu opanowana! Na szczęście nie zastawiono mi wjazdu na podwórko, więc mogłam na nie wjechać. Ale brama, której nie używam podczas zimy zamarzła, więc wjazd na teren posesji do prostych nie należał. Zirytowana wszystkim kopałam w bramę jak opętana. Pomógł mi ją otworzyć jakiś przechodzień. 

Dziś zdecydowałam się w ogóle nie używać samochodu. Wczoraj zaparkowałam przed domem i dziś do centrum ruszyłam innymi środkami komunikacji. Zwolniłam się z wieczornego kolegium, by wrócić do domu przed zamknięciem Kępy. Wezwałam taksówkę i… z trudem przedarliśmy się „Poniatoszczakiem”. Około 16-tej moja ślepa uliczka była jeszcze pusta. Na Saskiej widniał znak zakaz skrętu w prawo, a pod nim drugi, że zakaz „nie dotyczy mieszkańców”. Myślałam, że wreszcie będzie w miarę „normalnie”. Niestety tak było tylko chwilowo. Tuż po 17-tej pobiegłam na Rondo Waszyngtona  zrobić parę zdjęć stadionu i okolic na prośbę jednej z gazet. Gdy wracałam do domu moja uliczka już była zastawiona obcymi samochodami. Znak „zakaz wjazdu” najwyraźniej nie obowiązywał jednak samochodów na  innych rejestracjach niż z Pragi Południe (np. na lubelskiej).

Nie tylko to mnie irytowało. Zrobić zdjęcie pobiegłam z Ulubionym u boku. Na Waszyngtona stały zaparkowane auta na różnych numerach. Koło jednego z nich stał jakiś człowiek, który próbował sprzedać nam szalik, choć obje mamy mecze w głębokim poważaniu. Myślał jednak, że każdy facet kocha piłkę nożną. Zapewniam, że nie każdy!
Mecze i zbliżające się Euro 2012 wkurzają mnie też z innego powodu. Od rana w mediach prawie nie ma innych informacji niż futbolowe. Pierwszą rzeczą, którą dziś usłyszałam o świcie w radio było…,  że w Warszawie nocował jeden z najprzystojniejszych mężczyzn świata, czyli… Christiano Ronaldo. Do jasnej cholery! Kto uznał, że jakiś dupek o urodzie lalki barbie jest najprzystojniejszy? Ja na przykład mam zupełnie inny gust i Ronaldo mi się nie podoba. Pal zresztą sześć urodę jakiegoś faceta, który na życie zarabia nogami. O wiele bardziej martwi mnie to, ze cały czas w mediach trąbiono o meczu, typowano wyniki itd. opowiadano o organizacji imprezy, przygotowaniu Polski do mistrzostw, przygotowaniu do nich Warszawy, słowem o stu dniach do Euro. Z informacji  w mediach wynika bowiem, że wszyscy z Euro się cieszą, wszyscy się nim interesują, wszyscy na nie czekają. Nie wszyscy! Sto dni do Euro? To termin po którym ja oszaleję! To, że piłka nożna swoim kształtem przypomina czaszkę nie znaczy, że jest głową. Moja nie jest na pewno! Publicznie informuję, że interesują mnie inne rzeczy! Mecze będę oglądać tylko wtedy, kiedy ktoś mi udowodni, że obejrzenie jednego uczyni mnie mądrzejsza w jakiejkolwiek innej dziedzinie niż… sama piłka nożna. Rozumiem, że Tytus z komiksów Papcia Chmiela, gdy „odzerowywali” go, by mógł pobierać wiedzę przez nos, a mózg zajęty miał niepotrzebnymi informacjami krzyczał: „zostawcie mi chociaż listę goli i kto w której minucie strzelił”. Pragnę jednak zauważyć, że Tytus był szympansem, a ja za wszelką cenę staram się przestać być podobna do małpy.

Nikomu nie bronię być kibicem. Ale niech nikt mnie do bycia nim nie zmusza! Dlaczego wszyscy tłoczą w mój umysł informacje o imprezie, które mnie kompletnie nie interesuje? Euro 2012 wyziera do mnie od wielu miesięcy z różnych stron. Z pudełka tic-taców, opakowań coca-coli, maskotek, szalików, okularów (nawet u optyka na Francuskiej można kupić okulary przeciwsłoneczne w wersji kibicowskiej na Euro), balonów, szalików, czapek, kapeluszy, uliczek mojej dzielnicy, mediów itd.
Euro 2012 i piłka nożna zaczynają mi coraz bardziej przypominać.. Lenina. Tego z kawału, który już kiedyś przytaczałam:

Poniedziałek – otwieram gazetę – Lenin.
Wtorek – włączam radio – Lenin.
Środa – włączam telewizor – Lenin.
Czwartek – idę do uniwermagu, a tam zdjęcie Lenina.
Piątek – idę do opery, a tam… portret Lenina.
Sobota – idę do kina, a tam film o Leninie.
Niedziela – boję się otworzyć lodówkę. 

Chciałam napisać, że nie wiem czemu Media Markt sponsoruje kibiców. Przecież w reklamie ma slogan „nie dla idiotów”. Pomyślałam jednak, że za kpinę z kibiców mogę zostać zlinczowana. W końcu lada moment bycie kibicem będzie obowiązkowe. Jak kiedyś czytanie dzieł Lenina.

P.S. Gdy mój syn miał 8 lat pewna znajoma znajomego, której syn był w wieku mojego spytała mnie, czy byłam ze swoim synem u psychologa.
– Czemu uważasz, że powinnam pójść? – Spytałam. 
– Bo nie interesuje się piłką nożną. – Padła odpowiedź.
Odparłam, że ja się nie interesuję, niezbyt interesował się nią jego ojciec, nie interesował się również mój tata, stryj, dziadek itd., więc czemu miałby się interesować on.
Znajoma znajomego twierdziła jednak, że brak zainteresowania mojego syna piłką nożną świadczy o tym, że nie rozwija się on prawidłowo. Do dziś żałuję, że wtedy odpowiedziałam jej tak grzecznie. Trzeba było wysłać do psychologa ją z jej synem. Miał przecież wtedy 8 lat i nie potrafił czytać.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, historyczka sztuki, blogerka.