Czy zdążyłam wczoraj na I Warszawski Salon książki? Owszem, choć wpadłam tam dosłownie na minutę przed 17-tą. Jak było? Pusto. Warszawiacy, mimo reklam, jeszcze się o tej imprezie nie dowiedzieli. Młodzieży nie było wcale. Tylko jeden nastolatek z ojcem szukali lektur do III klasy gimnazjum. Potrzebny był im… „Pan Tadeusz”. Cóż… moja mama mówiła, że w każdym szanującym się domu jest jeden egzemplarz. Gdy pytałam ją, dlaczego więc co roku drukują nowe, odpowiadała z wiarą, że pewnie te stare od czytania się niszczą. Hmm… Mój ulubiony egzemplarz owszem, jest dość zniszczony. Mała książeczka w brązowej okładce była przez dziadka Julka Steca zabierana do kościoła. Dzięki swoim wymiarom mógł bezkarnie siedzieć w pierwszym rzędzie i ją czytać, a wszyscy podziwiali, że taki religijny. Komu bowiem do głowy by przyszło, że to nie modlitewnik a Mickiewicz (wszak też na M.) Jednak nie planuję kupna nowego „Pana Tadeusza”. Mam jeszcze inne wydania, a poza tym lubię zniszczone. Ma duszę!
I Warszawski Salon Książki był senny. Gdyby nie kawa przyniesiona mi przez Natalkę pewnie bym przysnęła. Ale… cóż… i tak obudziłby mnie cios w głowę Agaty Passent. Jak to? Ano całkiem zwyczajnie! Zrobiło się jakieś zamieszanie, kto coś potrącił i… Agata Passent… spadła na mnie z półki. Trzy egzemplarze „Stacji Warszawa” (nota bene super książka ze wspaniałymi fotografiami) – jej wspólnego dzieła z Wojtkiem Wieteską – tak mi przywaliły w łeb, że ujrzałam kółeczko gwiazd i pomyślałam: „Jestem w Unii”. I tylko szkoda, że w tej unii książka nie jest zbytnio w cenie.