Życie jak telenowela

Spread the love

Oglądałam w swoim życiu tylko jedną telenowelę. Było to wiele lat temu, a telenowela nazywała się Dynastia – dziś „dzieło” kultowe. Oglądałam, bo taki mam zwyczaj, że zapoznaję się z produktami pop kultury, by wiedzieć, co w trawie piszczy. Wtedy ów, zdawało mi się tasiemcowy serial (nie wiedziałam biedaczka, że może być jeszcze taki twór ekranu, jak „Moda na Sukces”), nazywałam „dymastią”. Dlaczego? Miałam po prostu ciągle nieodparte wrażenie, że wszyscy tam ze wszystkimi śpią i mają ze sobą dzieci. Świetnie to zresztą sparodiował kosmita Alf, bohater jednego z moich ulubionych sitcomów, który gdy za kolejne przewinienie miał zakaz oglądania telewizji, zaszył się na swoim posłaniu z dwiema lalkami Barbie i bawiąc się nimi odgrywał spotkanie Blake’a z Alexis.
– Cześć Alexis?
– Cześć Blake.
– Z kim dzisiaj spisz?
– Ze wszystkimi!
Piszę o tym, bo moje życie wielokrotnie przypominało mi taką telenowelę. Jakieś spotkania po latach z ludźmi, o istnieniu których na chwilę zapomniałam. Jakieś historie, które pokazywały, że świat jest bardzo mały. Ostatnio jednak nastąpiło apogeum telenoweli. Telenoweli łzawej, jak nie wiem co. Myślałam długo: pisać o tym na blogu, czy nie? Doszłam jednak do wniosku, że napiszę. Dlaczego? Gdy do swoich powieści wplatam rzeczy prawdziwe, to właśnie one uznawane są przez czytelników za wymyślone. A te, które zmyślę, są brane z całą powagą, jako te, które mogły zdarzyć się naprawdę. Tę historię też wplotę do powieści. I wtedy też czytelnicy w nią nie uwierzą. Dlatego zanim stanie się kolejnym rozdziałem w książce… chwila prawdy. Prawdy, z powodu której od kilku dni strasznie ze wzruszenia płaczę, choć koleżanki i koledzy z redakcji mówią, że to piękne. Chyba mają rację, a historia zaczyna się tak…
Mam 15 lat i… mój stryj, a mój ojciec chrzestny w jednej osobie, prosi mnie, bym została matką chrzestną jego córki. Nigdy nie trzymałam nikogo do chrztu. Niesamowicie się cieszę. Po pierwsze z siostry (wokół w rodzinie Piekarskich same chłopaki), a po drugie z faktu, że ktoś traktuje mnie jak dorosłą. Pamiętam, że starannie w sklepie z dewocjonaliami wybieram dla niej ryngraf z Matką Boską. Chrzest to ostatni moment, kiedy ją widzę. Ma kilka miesięcy, kiedy stryjenka decyduje się odejść od stryja i zabiera dziecko ze sobą. Stryj jest alkoholikiem. Pije właściwie bez przerwy. Dlatego odejście od niego, to najlepsze posunięcie, na jakie mogła zdecydować się żona. Daleko w Czechach czeka na nią ktoś, kto chce ją z dzieckiem. Mało tego! Po jakimś czasie okazuje się, że ów człowiek chce to dziecko adoptować! Stryj zgadza się! Pytam tatę, co ze mną. Przecież to moja chrześnica. Tata mówi:
– Bez ciebie poradzą sobie. Ona mam babcię, dziadka, wujka… Ma nowe życie. Na pewno o nas nic nie wie. Nie można jej tego nowego życia niszczyć.
Stryj był jedną z najbliższych mi osób w rodzinie. Choć momenty trzeźwości były w jego życiu niezwykle rzadkie, to zdarzały się. Zwłaszcza wtedy, gdy brałam go na święta. Przyjeżdżałam rano, zabierałam do domu i sadzałam w fotelu. Do wieczora trzeźwiał. Sporo wtedy gadaliśmy. Kręciłam się między garami i gawędziliśmy o tym czy owym. Opowiadał rodzinne historie o tym, kto był wariatem, kto skąpcem, kto snobem, kto dewotką. Bez ogródek. Bez ściemniania, że wszyscy, którzy umarli byli wspaniali. Dlatego ja tez nie ubrązawiam jego postaci. Byłby zły, gdybym pisała nieprawdę. Zdarzało się czasem, że zastawałam go w domu trzeźwego. To było wtedy, gdy wpadałam rano. Pamiętam jedną z wielu rozmów na temat mojej chrześnicy. Pytałam, czy nie było mu przykro tak zrzec się praw do dziecka i wyrazić zgodę na jego adopcję. Powiedział, że było, ale żona tak zdecydowała, a on doszedł do wniosku, ze robi coś dobrego. On się zresztą nie dziwi. Żona wybrała to, co było najlepsze dla dziecka i on się temu podporządkował, bo dlaczego ma niszczyć dziecku życie? Wiem, że stryjenka jeździła po to do Warszawy wiele razy, bo był problem, by dorwać go trzeźwego. Z wielkim wzruszeniem opowiadał o chwili, kiedy raz w życiu zobaczył córkę. Już nie jako bobaska, którego przy mnie kiedyś przewijał, ale jako kilkuletnią panienkę. Stryjenka przyjechała na chwilę do Polski. Przyszła z dzieckiem do knajpy, w której siedział.
– Stanęła koło mnie mała dziewczynka. Spytałem, jak ma na imię. Przedstawiła się. Swoim imieniem i nowym nazwiskiem. Powiedziałem, że bardzo ładnie się nazywa.
Kilka dni temu na facebooku o dodanie do listy znajomych poprosiła mnie dziewczyna o znajomym imieniu i czeskim nazwisku. Choć od razu wiedziałam, kto to, bo po śmierci stryja przeszły przez moje ręce jej papiery adopcyjne, to płakałam z godzinę zanim przyjęłam zaproszenie. Oglądałam zdjęcia w jej galerii i patrzyłam, że mamy takie same nosy, a ona, choć tyle lat młodsza, na pewno będzie miała zmarszczki na czole w tym samym miejscu, w którym mam ja. Takie mieli jej ojciec, mój ojciec i nasz dziadek. Patrzyłam, że wygląda tak, jak dziadek Bronek na takim zdjęciu z rosyjskiej szkoły w Kijowie. Że jest niezwykle podobna do swojego przyrodniego brata – syna stryja z pierwszego małżeństwa. Rozpoczęła się korespondencja. Ja piszę po polsku. Ona po polsku i po czesku. Po czesku pisze te fragmenty, kiedy wzruszenie zabija ją tak, jak moje mnie. Każda z nas poznaje te historie ze swojej strony. Ona bardzo kochała swojego czeskiego ojca. O tym, że nie jest jego córką, a jakiegoś Piekarskiego dowiedziała się mając lat 15. Mając lat 17-cie przyjechała do Warszawy i pukała pod adres, który znalazła w papierach. Nikt jej nie otworzył. Myślała, że ojciec jej nie chce. Że gdy ją zobaczy będzie zły. Dlatego nigdy więcej nie wróciła pod te drzwi. Nawet nie wiedziała, że stanęła już z nim oko w oko. Że nie odezwał się, bo obiecał jej mamie, że tego nie zrobi. Teraz chce wiedzieć coś o rodzinie. Rozpoczęłam pisanie. O tym, ze stryj urodził się w Częstochowie po upadku Powstania Warszawskiego. Że w obozie przejściowym w Pruszkowie babkę skopali Niemcy po brzuchu i walili ją po nim kolbami, a potem rozdzielili z dziadkiem. Jej najstarszy syn, nasz stryj Antek poszedł do Powstania. Babcia nie wiedziała, że już nie …żyje. Dlatego zdecydowała, że da dziecku imiona ojca i syna, z którymi rozdzielił ją los. Ten, który wróci pierwszy – tego imię będzie pierwsze. Pierwszy wrócił dziadek. Dlatego jej ojciec dostał imiona Bronisław Antoni. Pisałam, że potem, jak już się okazało, że Antek zginął i jego grób ze zbiorowej mogiły z Powązek babcia przeniosła na Sadybę, to chodziła na ten grób codziennie. I brała ze sobą Bronka. Najmłodszego syna, który chował się na grobie zamiast na placu zabaw. Że gdy ten mały chłopczyk miał 4 lata babcia zachorowała na raka i przeszła operację usuwania krtani (to stąd w mojej „Klasie pani Czajki” ten wątek). Po operacji babcia mówiła już tylko szeptem. Potem, gdy stryj miał 16 lat zmarł dziadek. Babcia została sama z dwiema prababkami, (z których jedna nie wstawała z łóżka) i z nastoletnim chłopcem, który wyjątkowo burzliwie przechodził okres dojrzewania. Mój ojciec był wtedy na studiach w Lublinie. Babci wszystko wymknęło się spod kontroli. Opisywałam to, szperałam w komputerze i zamieszczałam w sieci zdjęcia przodków podpisując każde. Ona pytała mnie, czy jej przyrodni brat wie, że ma siostrę. Czy myślał kiedyś o niej. Co u niego? Dlatego wczoraj, w czasie montażu tego nowego programu, w chwilach, w których Agata ustawiała poziom dźwięków, znów opisywałam kolejne rodzinne historie, rycząc przy tym jak bóbr. A Agata mówiła, że to przecież piękna historia i czemu tak ryczę. Wieczorem zadzwoniłam do stryjecznego brata. Opowiedziałam mu o tym spotkaniu na facebooku.
– Napisałaś jej, że ja tez nie miałem wesoło? Znałem swojego ojca. Wiedziałem, kto nim jest, ale też go nie miałem – powiedział.
– Napisałam – odparłam, bo naprawdę to zrobiłam.
I tylko czuję, że gdzieś tam stryja dusza oddycha z ulgą. Może kamień spada jej z serca? To nie by zły człowiek. Nie znam nikogo, kto by go nie lubił. Tylko ten alkohol…

About Małgorzata Karolina Piekarska
dziennikarka, pisarka, blogerka.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.