Bóg miał plan

Spread the love

Jakiś czas temu pisałam o „dramacie”, którym dla kolegi z pracy byłby homoseksualizm syna. Kilka dni później pojechałam na kolejne zdjęcia w sprawie mordu na Woli. Miałam nagrać panią, która była rozstrzeliwana i cudem ocalała. Teraz wakacje spędza pod Warszawą na działce u córki. Pomaga jej opiekować się wnukiem. Tego dnia miała przyjechać z wnukiem do Warszawy i zapalić świeczkę na cmentarzu powstańców warszawskich przy pomniku polegli-niepokonani, bo to symboliczny grób wszystkich zamordowanych na Woli. Pani miała być w Warszawie po 15-tej. Ja o tej porze musiałam już być po zdjęciach. Zaproponowałam więc, że przyjedziemy po nią całą ekipą, zabierzemy do Warszawy i nagramy. Ruszyliśmy z kopyta. Zapowiedziałam ekipie, ze weźmiemy panią z wnukiem. Żadne z nas nie przypuszczało, że wnuk będzie niepełnosprawny. Do auta wsiadł wysoki nastolatek z dziecięcym porażeniem mózgowym. Był nadpobudliwy i gadał do siebie.
Na miejscu przed kościołem świętego Wojciecha na Woli, gdzie tego dnia miała być msza za wolskich cywilów, pani opowiadała swoją dramatyczną historię. Miała 9 lat, gdy stanęła na kartoflisku przy Górczewskiej przeznaczona do odstrzału. Była tylko z babcią. Rodzice z bratem przebywali na letnisku w Łomiankach. Ona wraz z babcią 30 lipca przyjechały do Warszawy po babciną wypłatę. Wrócić do Łomianek już nie zdążyły. 5 sierpnia szły na kartoflisko z sąsiadem i jego córkami. Sąsiad ujrzawszy trupy na kartoflisku powiedział: „Połóżmy się między trupami, to może kulka nas nie trafi.”. Wszyscy się położyli. Niestety kulka trafiła babcię. Moją rozmówczynię raniła w szczękę, a sąsiada nie zabiła od razu, tylko raniła tak, że umierał w męczarniach błagając o litość, czyli dobicie. Umilkł dopiero po kwadransie. Gdy po jakimś czasie Niemcy łazili między trupami i dobijali rannych podeszli do mojej rozmówczyni.
– Miałam czerwony kubraczek, więc pewnie widać mnie było z daleka – wspominała. – Zobaczyli, że jestem ranna i nie wiem czemu, ale kazali uciekać. Jednak nie pozwolili w stronę domu, z którego nas wygnano, ale w przeciwną. Biegłam wzdłuż Górczewskiej i trzymałam się za szczękę, bo krew cały czas lała się. Opatrzyły mnie jakieś pielęgniarki.
Pani trafiła wówczas do szpitala polowego w pobliskim kościele. Tam stwierdzono, że rana jest lekka i może sobie iść. Ale dokąd? Pielęgniarki spytały, kto przygarnie dziewięcioletnie dziecko. Podniósł się las rąk. Tak dziewczynka trafiła do obcych ludzi i z ich pomocą pod koniec sierpnia wróciła do mamy do Łomianek. Rodzice przez miesiąc myśleli, że córki już nigdy nie zobaczą.
– Czy pani jest wierząca? – spytała mnie rozmówczyni. Stałyśmy na tyłach kościoła, niedaleko plebanii i patrzyłyśmy na rosnące kwiaty. – Bo ja od dawna myślę, że Bóg miał, co do mnie plan. Jak szłam na to rozstrzelanie to wiedziałam, na co idę. I modliłam się, by Bóg mnie ocalił. Nie modliłam się za babcię. Miałam potem żal do siebie, że modliłam się tylko o siebie, bo przez to ocalił tylko mnie. Ale teraz myślę, że on musiał to tak zrobić, bo mój młodszy brat był chory i opiekowałam się nim całe życie, a zwłaszcza po śmierci rodziców. Potem moja córka urodziła to niepełnosprawne dziecko, tego wnuczka, i jej pomagam. A siedem lat temu mąż miał wylew i leży w łóżku…
Opowiedziałam jej rozmowę z operatorem. Pokiwała głową:
– Oj, jak to głupi ludzie nic nie wiedzą o życiu – stwierdziła i westchnęła ciężko. Musiałyśmy się rozstać. Nadpobudliwemu wnukowi kończyła się cierpliwość. Trzeba było zabrać go sprzed kościoła. No i jechać na cmentarz. Zapalić świeczkę babci, którą ostatni raz widziała wtedy, 5 sierpnia 1944 na kartoflisku.

PS. Cały czas zbieram dane osób zamordowanych w dniach 5-12 sierpnia 1944 na Woli przy Górczewskiej przy wiadukcie kolejowym.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.