Nowe życie trupa

Spread the love

Nie jestem typem człowieka, który chętnie coś wyrzuca. To zdaniem jednych wada – zdaniem innych zaleta. U mnie to niechętne wyrzucanie bierze się chyba z tego, że byłam i kilka razy na wysypiskach śmieci i kilka razy na wykopaliskach archeologicznych. Wbrew pozorom to miejsca, które niewiele się od siebie różnią. Dla historyka, a w końcu w pewnym sensie nim jestem, w czasie wykopalisk najcenniejsze jest znalezienie… wysypiska śmieci tej społeczności, której życie ma być zbadanie podczas wykopalisk. To po śmieciach można poznać, jak żyli ludzie. Gdy czytałam kiedyś z synem książkę „Kupa, czyli przyrodnicza wycieczka na stronę” był tam cały rozdział o… kupie wieloryba, Dowiedziałam się z niego, że to dzięki wielorybiej kupie można dowiedzieć się wiele o stworzeniach zamieszkujących głębiny oceanu. Kupa wieloryba waży tonę. Dla nas jest po prostu kupą, dla naukowców sezamem pełnym skarbów z głębin oceanów. Podobnie jest z wysypiskiem śmieci dla archeologów. Dla mnie od dawna siedliskiem skarbów są stare strychy, piwnice i śmietniki. Niejedną super rzecz w takim miejscu znalazłam i niejedną pozostawiłam (na strychu czy w piwnicy), by odkryć na nowo po latach. Ostatnio na strych wynieśliśmy wraz z Ulubionym skrzynkę na listy. Teraz na klatce schodowej jest nowa – zgodna z dyrektywami unijnymi, więc tamta dawna, otwierana przez listonosza z klucza, czeka aż nabrawszy patyny przyda się np. do filmu, muzeum czy w jakieś jeszcze inne miejsce. Ciekawe „trupy” znajduje się zawsze w mieszkaniach likwidowanych po czyjejś śmierci. W mieszkaniu Eksia oprócz wielu rzeczy chwytających za serce, jak m.in. wszystkie moje listy do niego (A tak! Mimo, że byliśmy 14 lat po rozwodzie, to on wszystko trzymał!) znaleźliśmy m.in. jego dziecinne narty, buty narciarskie z lat 70-tych i różne dokumenty jego matki, która za życia pracowała w WSS Społem. Oraz… listy jej brata, który przed wojną był knajpianym artystą, a po wojnie wylądował w USA. Jeszcze czekają na zeskanowanie i opracowanie, co tez niewątpliwie zrobię, bo to naprawdę ciekawe. Wbrew pozorom, najciekawsze moim zdaniem rzeczy ludzie wyrzucają. Co komu po czyichś listach, notesach czy fotografiach? Tymczasem to właśnie w tych z pozoru nic nie wartych przedmiotach jest zachowane dawne życie. Gdy ostatnio zmarła matka jednego znajomego, on wyrzucił listy, które pisał do niej jakiś kochanek. Nie był jego ojcem, bo ojciec już nie żył, a matka była wdową, więc uznał, że takie listy nie są mu potrzebne. Przyznam, że przykro mi było, choć to nie moja rzecz, że nie pomyślał, aby oddać je na przykład… nadawcy, czyli temu kochankowi.

Zrobiłam kiedyś taki reportaż o tym, co ludzie wyrzucają do śmieci. Nosił tytuł „Skarby z fajansu”. Jednym z bohaterów był nota bene Eksio, (już wtedy zresztą był Eksiem), który w swoim czasie właśnie ze śmietnika przyniósł m.in. kilkadziesiąt nowiutkich, jak spod maszynki cegiełek na Dom Partii, książek, ale także… różaniec z drzewa sandałowego. Ten właśnie różaniec pokazany był na końcu reportażu, kiedy inny bohater mówił, że „jedyne, czego jeszcze nie znalazłem to samolotu”.  Najcenniejsze stwierdzenie w filmie moim zdaniem brzmiało jednak inaczej: „Człowiek całe życie gromadzi, a potem… zabiera to wszystko śmietnik”. Wprawdzie nie podejrzewam mojego syna, bo po mojej śmierci wyrzucił na śmietnik „skarby” gromadzone przez naszych przodków, czyli papiery, dyplomy, listy i tak dalej, bo już wie, że choć złamanego grosza nikt za to nie da, to jednak ma historyczną wartość, a historia nie ma ceny. Staram się jednak nie gromadzić. Dlatego rzadko kupuję rzeczy tylko po to, by mieć, bo są np. fajne. Niemniej jednak… obrastam. Wszystkiemu winne są… śmietniki! Ileż razy obiecuję sobie, że nie zajrzę, ale… czasem ciekawość jest silniejsza. A potem, gdy widzę coś z duszą, to aż żal mnie bierze. Prawdą jednak jest, że dzięki temu skompletowaliśmy scenografie do monodramu Ulubionego. Ulubiony też zagląda do śmietników i w porównaniu ze mną ma to chyba nawet spotęgowane. Bywa, że to ja muszę hamować jego zapędy ratowania czegoś przed zagładą.

Mniej więcej półtora roku temu Ulubiony zobaczył na sąsiedniej ulicy, na trawniku przed jakimś domem, stoliczek. Stoliczek był w fatalnym stanie. Na dodatek była jesień, bez przerwy lało i stoliczek z dnia na dzień brzydł. Robił to zresztą odwrotnie proporcjonalnie do kaczątka z baśni Andersena. Pewnego dnia, gdy Ulubiony poszedł pobiegać – wrócił ze… stoliczkiem. Okazało się, że wlazł na teren posesji, gdzie stolik brzydł z dnia na dzień, obdzwonił wszystkie mieszkania i naciskając kolejny guzik domofonu trafił na właściciela, którym okazał się zresztą mój dobry znajomy po piórze. Ów znajomy zgodził się, by Ulubiony zabrał stolik. I tak… rozpoczęła się trwająca wiele miesięcy reanimacja trupa, który dopiero na wiosnę dostał nowe życie. Zupełnie, jak w powieści Mary Shelley ukradzione z cmentarza zwłoki dostały nowe życie od doktora Frankensteina. Stolik powstał jednak z martwych nie, jako monster, ale… jako moim zdaniem zgrabne cacko. Wprawdzie początki były straszne, bo pół godziny po przyniesieniu stoliczka do domu odpadły od niego nóżki, a po dwóch dniach czyszczenia z farby rozpadł się blat, ale… udało się! To nie jedyne dzieło reanimacyjne Ulubionego. Zrobił już z rozwalonej ramy po starym krzesełku nowe krzesło, korzystając z na wpół zgniłego skórzanego tureckiego pufa, deski i taśmy tapicerskiej. Tchnął życie w kilka starych kredensów. Jeden przerobił nawet na kuchenną szafkę i zawiesił w kuchni. Kredens ów dostał zresztą od mojego kuzyna. Kuzyn trzymał go w piwnicy i chciał wyrzucić. Ulubiony zainteresował się, kredens wycyganił i gdy zrobił z niego cud-miód poprosił kuzyna o pomoc w zawieszeniu. Kuzyn powiedział, że ok… przybiegł na pomoc i ręce mu opadły. Zawiesić wprawdzie zawiesił, ale powiedział: „To ja już tu żony do was nie przyprowadzę. Jak to zobaczy – zabije mnie, że cos takiego oddałem.” Przykłady mogłabym dalej mnożyć.  W ostatnie Święta Bożego Narodzenia Ulubiony dostał od moich przyjaciół lampę ze stoliczkiem na gazety. Lampą (lub jak kto woli gratem z lat 60-tych) zachwycał się od dawna. Tak mocno, jak on się lampą zachwycał, tak mocno tej samej lampy nienawidził pan domu. Dlatego pani domu ze łzami w oczach podarowała Ulubionemu lampę. Łzy były spowodowane tym, że lampa jest po dziadkach. Lampa wprawdzie nie działała, ale u nas dość szybko stała się najważniejszym mieszkańcem. Ja tylko uprzejmie dowoziłam lakiery, farby i tym podobne rzeczy. Gdy po odczyszczeniu szkieletu w stoliku od lampy odspawał się gazetnik, Ulubiony z obłędem w oku, nie zważając na to, że jest styczeń, pobiegł na piechotę i na dodatek w krótkich spodenkach do warsztatu samochodowego na Wał Miedzeszyński z błaganiem o dospawanie nóżki. Majstrowie mało nie zemdleli, gdy zobaczyli faceta w czapce, plamą farby na nosie i tych krótkich spodenkach, dzierżącego w dłoni jakiś zdemolowany stoliczek, proszącego o dospawanie półeczki na gazety. Pewnie sobie potem rysowali na czole kółka, ale… dospawali, co Ulubiony chciał. Za co zainkasowali zresztą dychę. Osobiście jeździłam potem po sklepach elektrycznych i tłumacząc panom, że mąż zakochał się w starej lampie (bardzo to sprzedawców bawiło) szukałam wtyczki, kabla i tym podobnych. Była jeszcze walka z moim starym skórzanym płaszczem, który zastąpił PRL-owską gumową plecionkę będącą podstawą gazetnika. Była też walka na śmierć i życie z kupioną na allegro okleiną orzecha kaukaskiego, olejem lnianym i tym podobnymi sprawami. Aż… lampa z gazetnikiem zmartwychwstała, podobnie jak wcześniej stoliczek czy fotele i kredensy. Bo są trupy, w które można tchnąć życie. Trzeba tylko chcieć i… trochę się niestety namęczyć.

A na zdjęciu poniżej ja ze stoliczkiem i przy lampie z gazetnikiem. Czytam „Księgę Urwisów” Edmunda Niziurskiego, bo w tym roku przypada 70-ta rocznica powstania tej książki. Jak ten czas leci! Aha. Książka ze śmietnika. A jakże!

About Małgorzata Karolina Piekarska
dziennikarka, pisarka, blogerka.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.