Przed walentynkami, czyli opowieści o miłości cz. I

Spread the love

Czasem myślę, że chyba w dzieciństwie naczytałam się za dużo bajek. Może, dlatego wyidealizowałam sobie miłość? Może dlatego wydaje mi się, że ta prawdziwa to jest, jak z Listu do Koryntian? A może dzieje się tak dlatego, że historie miłosne mojej bliższej i dalszej rodziny (oczywiście nie wszystkie), którymi karmiono mnie przez lata, też są niesamowite? 
Dziś chcę napisać o miłości. W końcu walentynki lada moment, choć świstak obejrzał wczoraj swój cień, co podobno oznacza, że zima jeszcze potrwa. Brrr! Bohaterką dwóch historii miłosnych jest pewna moja ciocia. Wczoraj byłam na jej 91 urodzinach…
Historia zaczyna się przed wojną. Halina jest piękną panną i ma narzeczonego Zygmunta, który jest oficerem Wojska Polskiego. Ma ograniczonego lub jakby ktoś nazwał tępego ordynansa, który poproszony o zgaszenie światła stawia na stole krzesło a potem dmucha na żarówkę. Wybucha wojna, a potem nadchodzi klęska wrześniowa. Zygmunt dostaje się do niewoli. Trafia do obozu jenieckiego – Stalag II C, czyli Woldenberg inaczej Dobiegniewo. Wraz z nim więźniem w tym obozie jest Kazimierz Rudzki, który zakłada w Woldenbergu teatr. Polska jest pod okupacją hitlerowską, ale miedzy Haliną, a Zygmuntem krążą listy. W trzecim roku wojny Halina poznaje mojego krewnego Janusza (pokrewieństwo dalekie. Jego dziadek to rodzony brat mojej praprababki Stanisławy Anny Sabiny Gorczyckiej). Zakochują się w sobie. Halina pisze list do Zygmunta i przyznaje się, że zakochała się w innym. Zygmunt zwraca jej dane słowo. Odpisuje, że woli, żeby była szczęśliwa niż żeby źle o niej mówiono. Halina wychodzi za Janusza za mąż (i tak zostaje moją ciocią). W listopadzie 1943 roku na świat przychodzi ich córka. Ale listy między Haliną, a Zygmuntem nadal krążą. Zygmunt ma być chrzestnym córki Haliny i Janusza. Choć dopiero kończy się 1943 rok, ale już wiadomo, że wojna się wkrótce skończy. Dlatego Halina z Januszem mają czekać z chrzcinami. Nadchodzi jednak 1944 rok i zbliża się powstanie. Janusz jest w batalionie Zośka. Wie, że jest mobilizacja. Żegna żonę z małą córką na ręku i mówi:
– Nie wrócę! Bóg mnie pokarze, bo zabrałem narzeczoną polskiemu oficerowi. 
Całuje córkę w stópkę i wychodzi. 5-go sierpnia ginie pod Pęcicami. Gdy kończy się wojna wraca Zygmunt. Biegnie odwiedzić Halinę. Wychodzi do niego z córką na ręku i słyszy:
– Halinko, nic się z mojej strony nie zmieniło. Przybyło nam jeszcze tylko dziecko… 
Od przeszło 65 lat, co roku, 5 sierpnia Halina jeździ do Pęcic i pali świeczkę w miejscu, w którym według zeznań świadków Janusz dostał w brzuch i zginął. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Ma symboliczny grób na Powązkach. Halina chodzi tam od wielu lat także na grób Zygmunta. 
Janusza, który był moim krewnym, rzecz jasna nie poznałam. Zygmunta poznałam i mówiłam do niego wujku. Darzyłam go wielkim szacunkiem i uwielbiałam z nim rozmawiać. Tak, jak uwielbiam rozmawiać z żoną ich obu – z ciocią Haliną. 
I tak myślę patrząc na dzisiejszych mężczyzn… gdzie są tacy panowie, jak Zygmunt i Janusz? Odpowiedź niby nasuwa się sama. Na cmentarzu. Na szczęście także w czyichś sercach i pamięci.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.