Czego się wstydzimy?

Spread the love

Kiedyś mówiono mi, że „wstyd to kraść i z dupy spaść”. Kraść nigdy nie umiałam. Nie jestem też tak zwanej odmiennej orientacji seksualnej, więc spadanie z „dupy” mi nie grozi. Tak więc te dwa wstydy mnie ominą. Słyszałam jednak, że zdaniem psychologów najbardziej boimy się śmieszności. Jeśli idzie o mnie to już sama nie wiem czy się jej boję. Wydaje mi się, że w życiu ośmieszyłam się wielokrotnie. Czasem zastanawiam się, czy nie ośmieszam się tym blogiem. Skoro jednak nadal go prowadzę to najwyraźniej śmieszności się nie boję, albo… zwyczajnie nie czuję własnego obciachu. Tak też przecież być może. Czego wstydzą się inni ludzie? Wczoraj stwierdziłam, że… wykonywanej pracy. Gdyby to jeszcze była praca złodzieja, mordercy na zlecenie lub prostytutki – poniekąd bym to rozumiała. Piszę „poniekąd”, bo o ile jestem przeciwna złodziejstwu i morderstwom o tyle jestem za legalizacją prostytucji, ubezpieczeniem i objęciem emeryturą osób uprawiających najstarszy zawód świata. Ponieważ jednak jest to na razie nielegalne, więc… jeśli jakaś prostytutka się wstydzi swojej „pracy” – rozumiem. Zupełnie jednak nie rozumiem, czemu swojej pracy wstydzi się pani sprzedająca na straganie warzywa.
Wczoraj pojechałam z kamerą Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego skontrolować jak działają śródmiejskie, sobotnie bazarki. I co? Na każdym z odwiedzonych przeze mnie bazarów był jeden stragan. Przy Arsenale pani ze mną porozmawiała. Pod Mostem Poniatowskiego pan też chętnie rozmawiał, a na Mariensztacie… straganiarka uciekła, bo nie chce być filmowana. Ja to rozumiem, że można nie chcieć rozmawiać i nie chcieć pokazać twarzy, ale można się zawsze dogadać, że np. sfilmujemy tylko ręce… lub sam stragan, osobę od tyłu… Pani jednak wolała schować się między zaparkowanymi tam samochodami niż stać na stanowisku własnej pracy. Wszystko byłoby pewnie fajnie, gdyby nie klient, który akurat w tym momencie nadszedł i chciał kupić musztardę i majonez. Pani powiedziała, że nie sprzeda, bo my jesteśmy. Facet wziął słoiki ze stolika i biegnie do niej. Ona schowana między autami rozpaczliwie macha rękoma, żeby nie podchodził. Facet ze słoikami w ręku pyta nas, co ma zrobić. Wraz z operatorem powiedzieliśmy, że my sprzedamy mu ten majonez i musztardę. Finał sprawy był taki, że pani spomiędzy samochodów krzyczała ile należy się za majonez i musztardę, a my pobieraliśmy stosowną należność i kładliśmy forsę na blacie. Niestety klient nie miał równo ośmiu złotych, a pięciozłotówkę i dwie dwuzłotówki. Co robić? Nie chciałam grzebać straganiarce w kasetce z forsą. Wydłubałam więc złotówkę z torebki i wydałam reszty z własnych pieniędzy, ciesząc się w duchu, że mam przy sobie jakąś mamonę. Straganiarka złotówki nie oddała, bo powiedziała, że dopóki filmujemy jej buraki, ziemniaki i kapustę nie wyjdzie z ukrycia. Nie podeszła do straganu nawet wtedy, gdy całą ekipą byliśmy już w samochodzie.
– Że ludzie się wstydzą, gdy kradną to rozumiem, ale że wstydzą się, kiedy pracują tego nie rozumiem – wymamrotał nabywca majonezu i musztardy oddalając się z jednostraganowego bazarku. A ja wróciwszy ze zdjęć napisałam w komentarzu do reportażu:
„Jak przebiega handel na Mariensztacie? Nie ma kogo spytać. Sprzedawczyni jedynego
straganu na nasz widok uciekła. To my sprzedaliśmy za nią z jej stoiska majonez z musztardą
i wydaliśmy resztę.”
Mój wydawca przecierał oczy ze zdumienia.
– Jak to wy sprzedaliście? Jak to ktoś się wstydził, że sprzedaje? To jakiś absurd!
No właśnie! A jednak tak było!

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.