A mnie się zdaje, że to było wczoraj

Spread the love

Tak pomyślałam, gdy dziś zobaczyłam stare telefony, radia czy pożółkłe kartki wyrwane z zeszytu, a wszystko rodem z PRL. Nie tęsknię za nim, ale… to część historii. Również mojej.
Pojechałam dziś z kamerą na grę miejską „Czarny czwartek” inspirowaną wydarzeniami Grudnia 1970 na wybrzeżu i związaną z premierą filmu Antoniego Krauze „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł.”. Uczestnicy mieli do wykonania różne zadania. Punkty gry rozrzucono po mieście, zaś finał przygotowano w Kinie Atlantic. Pomysł mi się spodobał, zresztą… przecież to ja w maju 2006 roku zorganizowałam pierwszą grę miejską śladami bohaterów mojej książki „Tropiciele”, biorąc pomysł z podchodów, które pamiętałam z peerelowskiego dzieciństwa i z faktu, że jako dorosła osoba wielokrotnie takie pochody organizowałam dzieciakom. Finał tej „mojej” gry był w siedzibie Muzeum Powstania Warszawskiego – honorowego patrona książki. Muzeum pomysł podchwyciło i dwa miesiące później wystartowała gra miejska śladami „Złego” Tyrmanda. Potem gier było coraz więcej, a ja wielu towarzyszyłam z kamerą. Ale nie o to mi teraz chodzi.
Gra „Czarny czwartek” obfitowała w rekwizyty z lat 70-tych i to one uświadomiły mi, że przedmioty, które kiedyś były w codziennym użytku tu służyły jako eksponaty niemal muzealne. Cóż… część gry miała miejsce w „Muzeum Techniki”. Niestety wiele przedmiotów-rekwizytów nie było z roku 1970. Na przykład na jednym z punktów zobaczyłam leżące kartki na mięso. Powiedziałam Wolontariuszowi obsługującemu ten punkt gry, że to nie te czasy, a on mi na to, że no owszem, ale wcześniej tez były kartki. Gdy spytałam kiedy, odpowiedział, że na przykład w latach 50-tych. No na litość wszelką gra dotyczy Grudnia 1970, więc nie przekłamujmy, że wtedy były kartki na mięso, bo nie było! Tych niewłaściwych dla roku 1970 rekwizytów było zresztą sporo. Na przykład aparaty telefoniczne. Wtedy wszystkie były czarne i ebonitowe. Kolorowe plastikowe weszły do użytku później. Postawiono też radia, które wyprodukowano na pewno po 1970 roku i te przykłady mogłabym mnożyć. Piszę to jednak nie po to, by zdeprecjonować grę. Była naprawdę fajna! Jednak fakt, że „wzięły w niej udział” eksponaty z innego okresu i udawały lata 70-te uświadomił mi, że wszystko przemija. Przedmioty również. I tylko ci, którzy wtedy żyli potrafią dopasować serwetkę do stołu z tej samej epoki, czy filiżankę do szafki kuchennej. Dla młodszych to wszystko jedno. PRL z lat 50-tych to dla nich ten sam co w latach 80-tych. Tak, jak i dla wielu z nas Egipt królowej Hatszepsut to ten sam Egipt co Cheopsa. A przecież to różnica tysiąca lat…
Ja doskonale pamiętam telefon z czasów grudnia 70. Czarny, ebonitowy aparat stał przy moim łóżku i najpierw służył mi do zabawy. Po prostu czekał aż nam założą linię. Stało się to dopiero po 1976 roku. Pamiętam też radio w drewnianej obudowie, które miało 6 klawiszy w kolorze kości słoniowej. Marzyłam o pianinie, więc… szybko radio popsułam bawiąc się jego klawiszami w pianistkę, oczywiście ku rozpaczy mamy. Pierwszy tranzystor – Diorę Unitry – tata kupił, gdy byłam już w podstawówce. W 1970 roku miałam trzy lata. Tymczasem większość eksponatów towarzyszących grze pamiętam jako hity nowoczesności, gdy byłam dzieckiem. Naprawdę gra mi się podobała, ale… rok 1970 to nie to samo co 1980, a nawet nie 1976, kiedy wprowadzono kartki na cukier. Rok później przebojem stała się piosenka Maryli Rodowicz do słów Magdy Czapińskiej „Remedium”. W szkole śpiewaliśmy ją z innym tekstem:
„Wsiąść do pociągu byle jakiego,
nie dbać o szynkę z komercyjnego,
ściskając w ręku kartki na cukier,
patrzeć jak Gierek ma wszystko w dupie”.
Kartki na mięso wprowadzono w roku 1981, choć kłopoty zaczęły się już wcześniej. Opisałam to nawet w książce „Miamol i sisiorek, czyli jak zostałam pisarką”.
Z Iwoną bawiłyśmy się także ósmym cudem świata, którym moim zdaniem była plastikowa lodówka pełna różnych plastikowych atrap towarów trudno dostępnych Iwona przywiozła ją kiedyś z wakacji w NRD. Jednym z takich produktów, które w postaci plastikowej mini atrapy można było włożyć do lodówki, był baleron. Z opowieści mamy pamiętałam, że we wczesnym dzieciństwie lubiłam baleron. Nie pamiętałam jednak ani jego smaku, ani co gorsza wyglądu. To Iwona zaznajamiała mnie z baleronem upewniając się u swojego taty, czy to plastikowe, różowe mięsko to na pewno baleron, a tata spoglądała na nas znad gazety i przytakiwał. Jednak w sprawie baleronu temu przytakiwaniu towarzyszyło wprawdzie trochę śmiechu, ale i bardzo smutna mina. Dopiero po latach zrozumiałam, że trochę go to bawiło, ale było mu też i smutno, że nie bardzo wiemy, jak wygląda baleron. No, ale cóż… jak mogłyśmy wiedzieć, skoro w sklepach był on rzadkością?
I to właśnie rok 1970 był tym, kiedy jeszcze jadłam baleron, choć dziś wiem, że po grudniowych wydarzeniach na Wybrzeżu ceny w sklepach wzrosły dramatycznie.
Trudno jest robić takie gry, by wszystko odpowiadało prawdzie. Ale to dlatego, że czas pędzi do przodu, a my niepotrzebne przedmioty dnia codziennego wyrzucamy do śmieci, nie zauważając jak stają się one historią. Choć z drugiej strony, gdybyśmy wszystkie gromadzili, jak wyglądałoby nasze mieszkania? Pewnie tak, jak moje…

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.