Polska B

Spread the love

Jeśli ktoś myśli, że Polska B jest gdzieś daleko i na obrzeżach i w zapadłej dziurze to się myli. Polska B jest za rogiem. Mam na myśli Polskę zacofaną, zaściankową, tandetną. Ostatnie wybory samorządowe pokazały to wprost rewelacyjnie. Przez kilka tygodni oglądaliśmy spoty wyborcze zrealizowane poniżej wszelkiej emisyjnej krytyki. Źle zmontowane, źle sfilmowane, nieemisyjne. I nie chodzi mi tu o występ pana Ch., który powiedział do kamery ‘ja pieprzę, nie mogę’, poprosił o możliwość powtórzenia, a dowiedziawszy się, że jest na żywo zaniemówił. Dla mnie szczytem był spot z jednej z podwarszawskich miejscowości, który oglądaliśmy w redakcji płacząc ze śmiechu, ale… w sumie był to śmiech przez łzy. Tragiczne było wszystko. Nie tylko treść, ale i montaż, poziom dźwięku, kadry itd. Jedna z kandydatek z wypadającym z rąk dzieckiem w beciku mówiła na tle rury ciepłowniczej na jakiejś obskurnej klatce schodowej. Inny pan na tle kapliczki, jeszcze inny na tle znaku drogowego. Komitet, który spot przyniósł był swoją „reklamą” zachwycony. A to właśnie ten bezkrytyczny zachwyt nad „filmową kupą” pokazywał jaki nasze społeczeństwo ma gust. Na dodatek słowa, że jest to poniżej telewizyjnych standardów emitowalności nie spotkało się z należytym zrozumieniem. Klient płaci, więc wymaga. I co z tym zrobić? Niby poziom intelektualny Polaków widać po tym z jakim zainteresowaniem oglądają intelektualne chłamy typu „Taniec z gwiazdami” czy „Mam talent”, ale ciągle mamy się za lepszych i bardziej wykształconych od przeciętnych Amerykanów czy Rosjan. Tymczasem z naszym wykształceniem coraz gorzej, a na dodatek brak nam i obycia i gustu.
Przed wyborami i tuż po wyborach jeździłam po Polsce ze spotkaniami autorskimi. To co widziałam, dla znajomych, którym potem relacjonowałam, było zdumiewające. Oto w jednej miejscowości wylądowałam na kolacji w knajpce. Stolik obok zajął jakiś lokalny komitet wyborczy i omawiał wyborczą strategię. Miałam wielka ochotę włączyć dyktafon, nagrać te bzdury i wpuścić w sieć, bo taki to był kabaret:
– To my będziemy tłem dla Zdzisia – mówiła jedna pani.
– Tak Zdzisiu! My ci pomożemy!! – mówiła druga.
– Głosujemy na Zdzisia! – zakrzyknęła trzecia i od razu spytała – Który ty masz numer na liście? Bo my musimy twój zapamiętać, nasze są nieważne.
– A ile głosów się w ogóle skreśla? – spytała czwarta. Zdzisio cały czas się uśmiechał, panie szczebiotały wpatrzone w niego jak w obrazek, a potem Zdzisio wyciągnął komórkę, zadzwonił gdzieś i spytał:
– A która my jesteśmy lista? No i dziewczyny pytają się jak się głosuje. Ile można skreślić?
O programie nie było ni słowa. Ale czy program w ogóle się liczy? Czy ludzie głosują na programy czy na twarze? Na przystojnych Zdzisiów?
Polska w ogóle była usiana wyborczymi plakatami, hasłami, ulotkami itd. Wszyscy obiecywali lepszą Polskę. Co znaczy lepsza? Tego tak dokładnie nie wie nikt. Zawsze jednak wychodzi, że lepsza to jest ta inna od obecnej. A jaka jest ta obecna nikt nie wie, więc skąd ma wiedzieć jaka będzie ta przyszła i co to znaczy „inna”?
Po wyborach wylądowałam w miejscowości, w której wójt wybory przegrał. Po raz pierwszy od chyba 20 lat. Podobno smutek tu zapanował i wszystkim żal wójta. Ale jeśli żal to czemu na niego nie głosowali? Oczywiście dowiedziałam się tego nie w bibliotece, ale… na stacji benzynowej, bo tam, tak jak w ośrodku zdrowia czy na poczcie wszystko od razu wiadomo. Tam posłuchałam, że głosowanie przeciwko wójtowi to zemsta za coś tam – nie bardzo rozumiałam za co, bo to był jakiś miejscowy slang.
Z kolei w innej miejscowości gdzie też wójt przegrał wybory poinformowano mnie, że blady strach padł na pracowników gminnego urzędu. Wiadomo, ze będą zwolnienia. Pracę mogą stracić wszyscy, bo wójt był wcześniej pracownikiem urzędu i ten poprzedni wójt go zwolnił i w urzędzie pootaczał się swoimi zaufanymi ludźmi. I tak wysłuchałam jednej z tysiąca polskich historii o małym prowincjonalnym piekiełku lub jak kto woli bagienku. Oczywiście wszystko to nie oznacza, że tylko w małych miejscowościach jest Polska B. W Warszawie nie było lepiej. Debaty z kandydatami na prezydentów, zwłaszcza z dwoma panami S., były prawdziwym kabaretem. Kiedy jeden z nich obiecywał pozwać Niemców za Powstanie Warszawskie i za odszkodowanie od nich wydębione robić w stolicy inwestycje – myślałam, że zwariowałam. Gdy na pytanie czemu wyborcy mają na niego głosować odpowiadał, że dlatego, że jest człowiekiem, który coś już osiągnął opadały mi ręce. Każdy z nas coś osiągnął. Kwestia tego co. Pan nie bardzo umiał powiedzieć co jest takim jego wielkim osiągnięciem, choć ja wiem… np. sprowadzanie do Polski Chóru Aleksandrowa. Na szczęście wywiad był w sieci. Mogłam więc słuchać tego bez końca i za każdym razem dziwić się światu od nowa, jak nie przymierzając Marceli Szpak. Ale nie dziwiłam się tylko utwierdzałam w tym, że Polska B jest tuż za rogiem. I nie ma naprawdę znaczenia gdzie jest ten róg.
PS. To nie jest wpis polityczny i proszę go nie rozpatrywać w tych kategoriach.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.