Idiokracja?

Spread the love

Wspominałam kiedyś film zatytułowany „Idiokracja”, którego bohater z niskim IQ budzi się po kilkuset latach z hibernacji i zostaje prezydentem USA, bo jest najinteligentniejszy na świecie. Po ostatnich Targach Książki w Krakowie stwierdzam, że jesteśmy bliżej niż dalej tego „ideału”. Pierwszy raz w życiu nie podpisałam nawet jednego egzemplarza swojej nowej książki pt. „Syn dwóch matek”. Powód? Triumfy świecą poradniki. Zwłaszcza takie, w których niewiele jest. Oto tuż po mnie, przy tym samym stoliku co ja, miała siąść i podpisywać książki (choć może powinnam napisać „książki”) Ewa Wachowicz autorka programu telewizyjnego „Ewa gotuje”. Na pewno jest to bardzo sympatyczna i płodna w przepisy kobieta. Ostatnio wydała coś, co nosi tytuł „Zapiski kulinarne na każdą porę roku” w księgarniach jest to za ok. 25 złotych, na targach było za niecałe 18. To osobliwa „książka”. Jest tam jedna strona wstępu, w którym autorka wyjaśnia, że od zawsze robiła takie zapiski kulinarne i teraz daje możliwość robienia ich innym. Reszta stron jest notesem, z pustymi kartkami i pustym spisem treści, które każdy może wypełnić we własnym zakresie. Po autograf Ewy Wachowicz kolejka ustawiła się na 40 minut przed terminem. Byłam więc właściwie osłonięta ze wszystkich stron przez fanów Ewy Wachowicz, którzy z tą książką oraz innymi pełnymi przepisów stali i czekali na idolkę. To ostatnie słowo jest najwłaściwsze. Bo o ile książki Agnieszki Perepeczko, aczkolwiek zawierają przepisy i porady, są pełnymi anegdot opowieściami o życiu, wspomnieniami itd., o tyle książki Ewy Wachowicz to jedynie przepisy, a ta ostatnia „książka” to po prostu zeszyt. Można taki kupić za 3 złote w markecie tylko nie będzie na okładce jej zdjęcia z trzepaczką między piersiami i nie będzie tego wstępu na jedną stronę. Dlatego nie nazywałabym autorki tych dzieł pisarką. To po prostu pisząca przepisy kulinarne celebrytka. Krótko mówiąc idolka.

Czekając aż skończy się czas mojej nasiadówki rozmawiałam z wydawcą, a potem z kuzynką i obserwowałam tłumek. To jest niesamowite zjawisko! Nie wiem kiedy zniknęła chęć otrzymania autografu pisarza, a została zastąpiona przez chęć otrzymania go od celebryty. Pamiętam kiedyś takie kolejki do Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej. Dziś nikt nie chce już poetów. Teraz dobry towar to nie tomik wierszy, a książka wydana przez celebrytę. Po pierwsze pozwala ludziom wierzyć, że coś czytają. Pozwala im udawać, że mają w domu biblioteki. I choć nadal w społeczeństwie jest masa ludzi kochających czytać i czytających dobre książki to znów przeważa ta tzw. „szara masa” kupująca zwierzenia celebrytów lub pisane przez nich poradniki. O tym był/jest mój spektakl „Bubloteka”, którego bohater odbywa terapię w bibliotece i w trakcie wpycha czytelnikowi „Wyznania Ludmiły F.”, książkę celebrytki, z którą miał romans, a której owa celebrytka nawet sama nie napisała. Takie są teraz czasy. Nawet gorzej. Nie liczy się już bowiem książka z treścią, a książka bez treści. Zapiski Ewy Wachowicz to drobny przykład. Była już publikacja pt. „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, której „czytelnicy” mogli sami kreatywnie pomazać notes. Były tego typu „dzieła” sygnowane przez Beatę Pawlikowską. I podobno świetnie się sprzedają. Podobnie jak książka „Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach” autorstwa Francis Alan reklamowana jako odsłaniająca „szokująca prawdę” i zawierająca 120 pustych stron. Dowcip naprawdę świetny. Ma to wszystko jednak drugie dno. Nazywa się szacunek dla literatury i pisarstwa. On gdzieś zniknął. Zniknął też szacunek do ciężkiej, mrówczej pracy. Od lat obserwuję pomiatanie naukowcami, zwłaszcza humanistami. Bo tak jest w społeczeństwie, dla którego filozof to po prostu wariat, a może nawet idiota.

Nie wiem jak długo Ewa Wachowicz tworzyła swoje zapiski, czyli tę jedną stronę wstępu do książki zawierającej kilkaset stron czystych. Wiem, że moja napisana do spółki z nieżyjącym Ojcem Maciejem Piekarskim książka „Syn dwóch matek” powstawała długo. Najpierw był napisany prawie 40 lat temu reportaż mojego Ojca pt. „Wojenne losy rodziny Tchórzów” opisujący gehennę rodziny wysiedlonej przez Niemców z Zamojszczyzny i matki, która traci połowę swoich dzieci. W 2001 roku zajrzałam do niego i wtedy po raz pierwszy powstała myśl, żeby to wydać, ale żeby tak się stało muszę ja dopisać całe partie. Koncepcję zaczęłam obmyślać jeszcze w 2010 roku. W styczniu bieżącego roku siadłam do pisania i pisałam bite 8 miesięcy. Chcę być teraz dobrze zrozumiana. Nie jestem rozżalona faktem, że nikt do mnie nie przyszedł. Ta książka jeszcze znajdzie swoich czytelników, choć na pewno nie będą ich miliony. Jest na rynku dopiero kilka dni. Ubolewam jednak nad kondycją polskiego czytelnictwa i poziomem intelektualnym polskiego czytelnika. Podobno dzień wcześniej do uwielbianego przeze mnie profesora Jerzego Bralczyka stała garstka ludzi po autograf, zaś dziki tłum szturmował stoisko, na którym książki podpisywała Nela podróżniczka, dziesięcioletnia dziewczynka, która ma swój program na TVP ABC. Oczywiście sama nie jest autorką swoich książek, bo pisze to za nią jakiś dorosły (teraz zapomniałam już nazwisko wpisane w Copyright tekst). Książki są pełne zdjęć Neli w podróżach i to przed przemierzającą świat Nelą dzieci padają plackiem. Jak mi relacjonowano, podczas podpisywania dziewczynkę chroniło kilku ochroniarzy, zaś dzieci, których rodzice odmawiali stania w tak długiej kolejce wpadały w histerię, rzucały się na ziemię i rozpaczały jakby stała się prawdziwa tragedia. Kolejek z histerią czytelniczą nie ma nawet do Wandy Chotomskiej będącej żywą ikoną polskiej literatury dziecięcej!

W świetle tej opowieści o Neli i zajrzenia do książek sygnowanych jej imieniem, które zresztą uważam za ciekawy pomysł pisania dla dzieci, fascynujące wydaje mi się to, że kiedyś podróżnik (nawet ten piszący dla dorosłych) opowiadał jak wygląda świat. Teraz opowiada o sobie. Opowiada o tym, co w tym świecie robi. I to ludzie kupują najchętniej. Dzieci bowiem nie chcą dowiedzieć się niczego o słoniu, ale o przygodach Neli ze słoniem.

Gdy przez ponad 40 minut siedziałam przy stoliku i czekałam na czytelnika, który jak od początku podejrzewałam nie przyjdzie, bo poobserwowałam co ludzi interesuje najbardziej, patrzyłam na twarze czekających na autograf Ewy Wachowicz. Gdyby wzrok mógł zabijać już bym nie mogła zrobić tego wpisu. Miałam bowiem wrażenie, że niemal wszyscy chcieli bym zniknęła i zwolniła miejsce dla ich idolki. Sęk w tym, że nie mogłam tego zrobić. Musiałam odsiedzieć swoje, a ich idolka i tak nie przyszłaby wcześniej. Tak więc ja siedziałam, a oni mnie nienawidzili i gardzili mną, co widać było w tych spojrzeniach. W trakcie w miarę dyskretnie (mam nadzieję, że dyskretnie) obserwowałam to zjawisko. Wstałam ze stoiska na 5 minut przed końcem. Ewy Wachowicz jeszcze nie było. Sfotografowałam jej „książkę”, by wysłać MMS Ulubionemu i kilku przyjaciołom. Uznałam bowiem całą rzecz za mocno zabawną. Ulubiony był przerażony, znajomi współczuli, choć nie było mi to potrzebne. Jedna przyjaciółka przysłała SMS. „Kiedyś, jak była rocznica okrągła wybuchu Powstania Norman Davies wydał o nim książkę. Jechałam z kolegą na Hel. Książkę mieli sprzedawać od 17. Ubłagałam go, mimo że była 16, żeby poczekał godzinę. Ja dumna jak paw, ale ze łzami w oczach wchodzę do Empiku, przed którym kłębi się tłum. Prawie się biją! To Wiśniewski płytę podpisywał, a ja myślałam, że ludzie wcześniej przyszli. Do Daviesa było 5 osób, w tym ja.”
Z mojej historii, która jest zresztą podobna do tej, kiedy czekałam na certyfikat na Zamku Królewskim i zapomniano mnie wyczytać, więc wręczono mi go w szatni na zamkowych schodach, nie śmiał się nikt poza mną. A przecież to jest też śmieszne. Zwłaszcza, gdy pomyślę, że kiedyś moja mama stała 2 godziny po autograf Melchiora Wańkowicza. Dzisiaj, by ktoś tak chętnie czytał Wańkowicza musiałby on pokazywać w telewizji nie swojego psa Dupka (jamnika!), a dupę. Gotowanie mogłoby mu nie pomóc, bo co to za atrakcja facet z trzepaczką do jajek między cyckami? Chyba, że włożyłby ją między jajka… A tu jednak kłania się cenzura. Ale być może tylko na razie. Bo już za chwileczkę…

PS Znajomi i przyjaciele mówią, bym nie przyznawała się i nie pisała, że nikt do mnie nie przyszedł. No dobrze. Napiszę więc prawdę! Był do mnie tłum! Mało mnie czytelnicy nie stratowali, a nawet wykupili cały nakład. A fani drąc się „Zamojszczyzna!” rozdzierali szaty i podcinali sobie żyły!

About Małgorzata Karolina Piekarska
dziennikarka, pisarka, blogerka.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.