Proste rozwiązania?

Spread the love

Zawsze podziwiałam, a jednocześnie bałam się ludzi pewnych siebie. Takich, którzy w sprawach ważnych dla kraju, czy świata ze stuprocentową pewnością głoszą swoje poglądy. Ostatnio taką sprawą, co do której pewność siebie różnych ludzi i środowisk budzi mój podziw, ale i obawy, gdyż nie jest to podziw wynikający z zachwytu, jest sprawa Islamu i uchodźców z Syrii. Jedni twierdzą, że trzeba otworzyć granice i przyjąć uchodźców. Inni, że zamknąć granice i nie przyjmować, bo mogą być terrorystami. Ja nie mam zdania. Nie wiem. Jestem kompletnie głupia. Dlaczego?

Miałam mniej więcej 11-12 lat, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z islamem. Było to za sprawą „Księgi Tysiąca i jednej nocy”, którą kupiła mi babcia Kocia. Babcia Konstancja z Kurzyńskich Stec, mama mojej mamy, nie miała nawet podstawowego wykształcenia. Urodzona w czworakach, bita przez tatę, do szkoły chodziła według jednych tydzień, według innych miesiąc, a według najbardziej optymistycznego rodzinnego przekazu całe dwa miesiące. Ale umiała czytać i pisać. Czytała zresztą bardzo dużo i to ona zaszczepiła mi zamiłowanie do Henryka Sienkiewicza i Adama Mickiewicza. Do arabskich Baśni jednak nie zajrzała, a wiedzy, że to nie bardzo dla dzieci, z domu nie wyniosła. Zapewne uważała, że to po prostu zwykłe baśnie i tyle. Wykształcony mąż, a mój Dziadek, dla którego małżeństwo z Babcią było swoistym mezaliansem, rozmawiał z nią o innych sprawach niż o światowej literaturze. Tak więc nieświadoma niczego Babcia, w dobrej wierze, podarowała mocno małoletniej wnuczce księgę, w której w prawie każdym opowiadaniu jakiś mężczyzna wsuwał kobiecie „miecz do pochwy”. Czytałam to z wypiekami na twarzy, biegając co chwilę do stojącej w szafie za biurkiem Ojca osiemnastotomowej encyklopedii Orgelbranda. Czytałam, kto to „imam” i co to „mihrab”, bo skoro „wsunął swój miecz do jej pochwy i stał się odźwiernym jej wrót i imamem w jej mihrabie” to chciałam wiedzieć, o co dokładnie chodzi. Po lekturze, do której jako dojrzewająca panienka wracałam bardzo chętnie, a nawet czytałam na głos koleżankom, by je uświadomić, co mężczyzna z kobietą mogą robić w alkowie, miałam sprecyzowane poglądy na to, czym jest islam. Jawił mi się, jako religia miłości, czasem nawet wyuzdanej. A zawarte w baśniach okrucieństwo nie raziło, bo z podobnymi rzeczami spotykałam się w baśniach z kręgu kultury europejskiej. Pamiętam, że gdy jako dorosła już osoba opowiedziałam Ojcu, czego „uczyłam” się z tak chętnie czytanych przeze mnie „Baśni” mało nie spadł z krzesła. Zajęty pracą ani razu nie zerknął do księgi, a o tym, co w niej może być niemal na śmierć zapomniał. W każdym razie po wnikliwej lekturze arabskich baśni, ów odległy islam nie wydawał mi się bardziej okrutny od chrześcijaństwa. Zemsta? Owszem. Była. Ale opisywani w Baśniach niewierni, na których się mszczono nie byli aniołkami. Okrutniejsza wydawała mi się macocha Jasia i Małgosi czy Śnieżki. Poza tym w Biblii, którą też podczytywałam, bo chodziłam na religię i regularnie do kościoła, było tyle okrucieństwa, że Stary Testament budził moją grozę niemal od małego. W Baśniach przeszkadzało mi tylko jedno. Ten stosunek mężczyzn do kobiet. Pamiętam historię niewolnicy Zumurrud, która sama wybrała sobie swojego pana. Na targu niepostrzeżenie wręczyła mu pieniądze by ją kupił, gdyż ten był biednym człowiekiem. To ona wymyśliła sposób zarabiania na życie. Ona była tą inteligentniejszą. A jednak… prawo nie było łaskawe dla kobiet. Górując nad swoim właścicielem intelektem była od niego zależna, bo była kobietą. Potem los ją z nim rozdzielił. Baśń jest opowieścią o Zumurrud (szmaragd), która w męskim przebraniu wędruje po świecie i w końcu w pewnym kraju zostaje królem, bo nikt nie wie, że jest kobietą. Tamże odnajduje ją ukochany pan i poznaje po… przyrodzeniu. „Co za dziwy, król ma to samo co kobieta!” To niewolnictwo mi się nie podobało. Było zamachem na moją wolność. Przede wszystkim na moją wewnętrzną potrzebę swobodnego myślenia. Nigdy nie marzyłam o arabskim księciu. Nie utożsamiałam się więc z żadną z bohaterek Baśni. Podobała mi się inteligentna i zaradna Zumurrud, ale nigdy nie chciałam nią być. Jednak świat, w którym żyła ona i inni bohaterowie arabskiej księgi wydawał mi się ciekawy, a nawet godny szacunku. Wyznanie wiary było w nim takie proste. Wystarczyło wznieść oczy do nieba, powiedzieć: „nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego prorokiem” i to wystarczało. Nikt nie miał dylematów. Nikt Boga nie analizował. Ja robiłam to bez przerwy. Dlatego chrześcijaństwo wydawało mi się trudniejsze. Teraz też takim mi się wydaje.

Kilka dni temu wraz z przyjacielem poszłam na pokaz filmu „Apostoł”. Zrobiony przez Cheyenne Carron – Francuzkę marokańskiego pochodzenia film został zakazany we Francji. Tamtejsze Ministerstwo Spraw wewnętrznych zabroniło nawet rozmów o tym filmie i dyskusji. Uznało, że może on powodować niezadowolenie mniejszości muzułmańskiej, a co za tym idzie prowokować do zamieszek. Wiedziałam tylko tyle, że film jest o muzułmaninie, który zostaje chrześcijaninem. Spodziewałam się tzw. „jazdy po islamie”. Walenia w Arabów jak w bęben. A tu ogromne zaskoczenie. To subtelna, kameralna historia o poszukiwaniu Boga. Główny bohater – Akim mieszka wraz z rodzicami, siostra i bratem w małym francuskim miasteczku. Mówią tylko po francusku. Arabskiego używają tylko do modlitw. Film zaczyna się wprawdzie od brutalnego morderstwa, ale zaraz po napisach przechodzimy do modlitwy. Sprawa morderstwa umyka nam. Skupiamy się na modlitwie, którą Akim wraz z bratem odmawia w ogrodzie zwrócony twarzą w stronę Mekki. Akim ma być imamem. Chodzi do szkoły dla imamów prowadzonej przez wuja. Wuj daje mu w prezencie pieniądze na pielgrzymkę do Mekki. Przemiana Akima zaczyna się od paru z pozoru niewinnych zdarzeń. Mama wysyła go po olej. Akim bierze rower i jedzie. Po drodze mija dom, z którego wynoszą zwłoki kobiety. Jak się potem dowiaduje, to siostra miejscowego księdza. Została zamordowana. Chwilę później Akim zostaje potrącony przez samochód. Nic mu się nie staje, ale… kierowca chce zwalić winę za wypadek na niego. Wezwana jest policja. Nagle pojawia się jakiś młody Francuz i opowiada jak było naprawdę. Akim jest mu wdzięczny za to, że świadczył na jego korzyść. Tak rodzi się coś na kształt przyjaźni. Pewnego dnia ów Francuz Fabien zaprasza go na chrzest swojej córki. Tylko brat jest przeciwny, by Akim wchodził do kościoła. Reszta rodziny mówi, że przyjaźń zobowiązuje, że kulturalny człowiek idzie i towarzyszy przyjaciołom w ważnych momentach. Akim idzie więc do kościoła. To, co tam widzi odmienia go. Choć z punktu widzenia widza chrześcijańscy bohaterowie nie są zbyt pobożni. Na początku chrztu dostają książeczki, bo nikt z nich z głowy nie potrafi powiedzieć tych modlitw. Akim zaczyna zastanawiać się nad Bogiem. Chce więcej wiedzieć o Jezusie. Do tej pory słyszał o nim tylko, jako o proroku, który zapowiedział przyjście Mahometa. Potajemnie czyta książeczkę, którą dostał podczas chrztu córki przyjaciela. Na dodatek od siostry dowiaduje się, że miejscowy ksiądz postanowił nie wyprowadzać się, bo mordercą siostry jest sąsiad. Ksiądz powiedział, że musi tu pozostać, gdyż sąsiedzi cierpią, ich krewny popełnił zbrodnie. Musi z nimi zostać, by wiedzieli, że im przebaczył. To dla Akima jest niesamowite. Jego Bóg karze i mści się. Jaki jest Bóg chrześcijan? Idzie do księdza na rozmowę. Pożycza Biblię, którą czyta w sekrecie przed rodziną i doznaje przemiany. Decyduje się powiedzieć rodzinie, że nie chce być imamem, a… Chrześcijaninem. Zakochał się. W Jezusie. Jest to wstrząs dla wszystkich. Najgorzej reaguje brat, który go bije. Jednak po jakimś czasie dochodzi w rodzinie do pojednania. Film kończy scena modlitwy. Znów Akim z bratem modlą się do Boga w ogrodzie. Ale Akim po francusku i żegna się krzyżem, a brat robi to tak jak wcześniej. Brat Akima w ostatniej scenie jest już imamem, a zostając nim usłyszał od wuja, że teraz musi być sprawiedliwy, godzić waśnie i spory. Dlatego bracia padają sobie w ramiona, bo obaj są szczęśliwi, a z domu dobiega ich głośne „Alleluja” wypowiedziane przez matkę. Pokazujące, że obie religie monoteistyczne są do siebie podobne. Zresztą obie kończy słowo „Amen” wypowiadane przez obu mężczyzn, choć każdy mówi je z innym akcentem.

Jak dla mnie film nie obraża islamu ani jego wyznawców. Są w nim przedstawieni, jako ludzie bogobojni, rodzinni, tacy, dla których religia jest ważna. Jeśli dla kogokolwiek film jest policzkiem, to dla laickiej Europy, która dawno odeszła od Boga. Dla Europy godzącej się na dekonsekrację świątyń i robienie z nich hoteli. Jest policzkiem dla współczesnych chrześcijan, którzy prawie nie chodzą do kościoła. Jest policzkiem dla wszystkich tych, dla których rodzina nie jest już nadrzędną wartością, którzy rozwodzą się po dziesiątki razy, zmieniają mężów i żony, kochanki i kochanków. Którzy z intymności uczynili targ. Jest policzkiem także dla mnie, która nie chodzę do kościoła, nie wierzę w połowę dogmatów chrześcijaństwa, a z Bogiem rozmawiam sobie po swojemu wierząc, że jest i jest jeden. Owszem, staram się przestrzegać dekalogu traktując go, jako zbiór praw moralnych, owszem, zaglądam czasem do Biblii i często analizuję tekst „Ojcze nasz”, bo uważam, że jest fascynujący i niesie nadzieję. Czy naprawdę jest to trawestacja tzw. „modlitwy ślepców” do egipskiego boga Echnatona? Jeśli tak, to genialna.

“Bóg z ziemi jest władca na horyzoncie, Bóg jest, aby Jego imię wielkie, przeznaczyć do kultu. On sprawi, że na firmamencie, i na Ziemi jest jego podobizna Bóg znajduje się kadzidle i codziennych ofiarach. Bóg osądzi prawdziwie i szczerze i odpuści nam gdy my odpuszczamy naszym winowajcom, Ochroni przed złem, bowiem nie nienawidzi nas. Bóg jest królem horyzontu, i jego jest moc i chwała, Wstaje, wstaje, kto to? Pozwól mi być jutro, jak dzisiaj.”

lub wersja

„Ojcze nasz nieosiągalny naszą wiedzą, ale istniejący, niech się święci imię Twoje, niech przyjdzie twoje prawo, dające światło światu gwiazd i naszemu życiu. Tego dnia ty nakarm nas chlebem i wybacz nam śmiertelne długi jak i my wybaczamy je przed niebem, ale nas chroń od pokusy i zła.”

Włodzimierz Lenin twierdził, że religia to opium dla mas. Często się nad tym zastanawiam. Czasem myslę, że jest tym opium, ale częściej, że to opium jest cżłowiekowi potrzebne. Że bez niego wcale nie byłby lepszy. W religii, z której mam maturę, zdaną nomen omen dobrowolnie i w kościele, nie przeszkadzało mi to, że pewne rzeczy trzeba brać na wiarę, bo z wiarą, jak z wyznaniem miłości, albo się wierzy albo nie. Ale fakt, że religia często sama sobie zaprzecza, że wyznawcy klepią formułki bez zrozumienia – denerwował i denerwuje nadal. Na pewno niektóre rzeczy biorę wybiórczo. Staram się jednak być dobrym człowiekiem. Przyjmuję za Jerzym Popiełuszko: „zło dobrem zwyciężaj”, za Janem Pawłem II „otwórzcie drzwi Chrystusowi” starając się zobaczyć Chrystusa w każdym bliźnim, bo tak to rozumiem, pamiętając przy tym, że „wszystko, co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych mnieście uczynili”. Biblię od wielu lat traktuję, jako zapis ewolucji pojęcia Boga w umyśle ludzkim. Staram się, by we mnie to pojęcie ewoluowało w kierunku dobra, prawdy i sprawiedliwości. Jak teraz to pojęcie ewoluuje generalnie w ludziach i społeczeństwach? Czy w dobrym kierunku? Sądząc po tym, jak się zachowujemy – chyba nie.

Chrześcijaństwo teoretycznie nakazuje miłosierdzie i wybaczanie. To urzekło bohatera filmu „Apostoł”. Ale czy chrześcijański świat naprawdę jest miłosierny? Czy wybacza? Właśnie Francja odpowiada na zamachy nalotami. Rosja, w której wierni kościoła prawosławnego chcą obwołać Putina świętym zapowiedziała, że za bombę, która wybuchła na pokładzie ich samolotu, który rozbił się na półwyspie synajskim, odpowie zemstą. Islam ma dżihad, z którego się śmiejemy. Nasz świat, w którym wyrośliśmy, bo czy się to komuś podoba czy nie, jesteśmy z kręgu kultury chrześcijańskiej, też się mści, choć nie ma w Nowym Testamencie słowa o dżihadzie. My wycierając sobie nasze laickie gęby Panem Bogiem i chrześcijaństwem, krzycząc, że Polska dla Polaków nie niesiemy miłosierdzia i jałmużny bliźniemu, jak dobrzy Samarytanie. Wyrzucamy na śmietnik własne dzieci, tłuczemy je na śmierć, gwałcimy własne córki, a nawet zdarzają się księża, którzy molestują nieletnich. Mordujemy przyjaciół dla paru groszy. Dewastujemy cmentarze dla zabawy. Znęcamy się nad słabszymi. A nawet mordujemy rodziców, że przypomnę tylko sprawę morderstwa z Rakowisk. O tym czytam na łamach prasy od kilku lat. I liczba informacji o tego typu zdarzeniach wzrasta sugerując, że po prostu wzrasta liczba tego typu zdarzeń. Od ponad roku odwiedzam znajomego w szpitalu. Ostatnio zwróciłam się do kilkudziesięciu osób z prośbą o pomoc rzeczową dla jego dzieci, które potrzebują ubrań. Odpowiedziały… cztery. Reszta… pamiętając, że kiedyś znajomy był egoistą – odwróciła się. Stosując metodę „oko za oko i ząb za ząb”, choć mienią się chrześcijanami. A przecież chrześcijaństwo nakazuje miłosierdzie, wybaczanie i pomoc bliźniemu. Islam też coś nakazuje. Dziwimy się, że jego wyznawcy tego nie stosują? Cóż… islam też nie jest już taki, jak jawił mi się z przeczytanych w dzieciństwie Baśni, spisanych nomen omen ponad tysiąc lat temu. Nawołuje do wyzwolenia Europy ze szponów szatana. Morduje niewiernych i jest okrutny. Chrześcijaństwo też w mniej więcej 1000-1200 lat po Chrystusie ogniem i mieczem nawracało niewiernych podczas wypraw krzyżowych, zmuszając siłą do wiary w Chrystusa. Być może Islam też potrzebuje przejść podobną ewolucję, by złagodnieć. Myślę jednak, że Internet nie pomaga w złagodnieniu, a wręcz przeciwnie. Oglądanie okrucieństwa, a nawet tylko czytanie o nim powodują w człowieku naturalną niestety chęć zemsty. Mszczą się wyznawcy islamu, mszczą się chrześcijanie. Bo człowiek, jako istota jest jednak w moim pojęciu potwornym bydlakiem. Zabija własny gatunek. W imię czego? Przecież nie z głodu. Czyż więc religia nie jest mu potrzebna, by go ucywilizować i uczynić lepszym? Ale jak z niej korzystać, jak z niej czerpać, by naprawdę być dobrym? By nie zabijać z kolei w imię Boga? Przez lata chrześcijaństwo uczyło, że Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje. Patrząc na to jakim jest człowiek często mam wątpliwości, czy słusznie ojcowie kościoła tak twierdzą. Bo jeśli jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo boże, to jaki jest ten Bóg? Dobry czy zły? Ja wierzę, że dobry, miłosierny i sprawiedliwy. Być może wierzę w to dlatego, że takim chcę go widzieć. A chcę go widzieć, bo jest mi potrzebny, by bez lęku iść przez życie i okrutny świat.

Naprawianie świata zaczynam od siebie. W tym tekście, w którym sama sobie pozaprzeczałam, chciałam pokazać, że jestem głupia. Nie wiem, jak powinna się zachować Europa w obliczu zagrożenia ze strony wyznawców islamu. I podziwiam, ale i boję się każdego, kto z przekonaniem uważa, że wie, co trzeba zrobić i podsuwa rozwiązania. Czy ma rację? Islam to nie tylko religia, ale i system prawny. A prawo to rzecz jeszcze bardziej skomplikowana od religii.

Co by świat powiedział, gdyby np. powołując się na kazus Polski, która w 1968 roku wydaliła ze swojego kraju wszystkich pochodzenia mojżeszowego, Francja wydaliła teraz ze swojego kraju wszystkich, których kiedyś przyjęła, a którzy mają korzenie arabskie bądź ich przodkowie byli wyznania muzułmańskiego? W 1968 roku świat Polsce pozwolił na wręczenie swoim obywatelom biletów w jedną stronę i paszportów odbierających obywatelstwo. Dziś m.in. za to płacimy opinią antysemitów. Świat również wyraża na to zgodę. W 70 lat po wojnie czytamy o polskich obozach śmierci. Nawet w jednej z części X-mana film zaczyna się od pokazania obozu koncentracyjnego i napisu, że jest to w Polsce. Nie ma wyjaśnienia, że to obóz stworzony przez okupanta na podbitej ziemi. Zatraca się prawda. A może jest ona zbyt skomplikowana? Ludzie chcą prostych rozwiązań, prostych odpowiedzi na nurtujące ich pytania. To wszystko zaś nie jest proste. Dlatego naprawdę szczerze podziwiam, ale i boję się tych, którzy w obliczu tego, co dzieje się na świecie z głębokim przekonaniem podsuwają rozwiązania, co zrobić, jak się zachować i jak postępować. Ja naprawdę nie wiem.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.