Jak żyć bez zegarka, czyli szanuj czas przyjacielu!

Spread the love

Tak się jakoś złożyło, że od kilku lat nie noszę zegarka. Taki nakręcany i na kamienie mam stuletni, złoty, po babci i zwyczajnie go szkoda (zresztą nawet nie wiem, czy jest punktualny). Jeden elektroniczny się zepsuł i czasu na naprawdę brak, a trzeci… wyrzuciłam do kosza, bo był prezentem od kogoś, z kim nie chcę mieć nic wspólnego. Kilka razy przymierzałam się do kupna nowego, ale im dłużej bez zegarka żyję, tym bardziej do tej sytuacji się przyzwyczajam.
Piszę o tym, bo umówiłam się ostatnio z przyjaciółką, która wiedzie niezwykle spokojny tryb życia „pani domu”. Spóźniła się dwie godziny! Nawet nie byłam zła, bo to u niej norma i w sumie się domyślałam, że tak będzie. Zaczęłyśmy rozmawiać o poczuciu czasu. Bo przyjaciółka spóźnienie wytłumaczyła… brakiem na ręku zegarka. Pokazałam jej swój „łysy” przegub i powiedziałam, że z reguły wiem ile tego czasu upłynęło bez patrzenia na zegarek. (Tak, jak wiem ile mniej więcej znaków ma tekst, bez sprawdzania statystyki). Potem jednak naszła mnie refleksja, że moje poczucie czasu wynika zapewne z tego, że lata pracy w telewizji, kiedy liczy się wszystko na czas antenowy, a nie szpalty, sprawiły, ze umiem mówić 20 sekund i wiem ile trzeba napisać tekstu, by w czytaniu miał on minutę. Powiedziałam wiec to głośno, chcąc, by przyjaciółka nie czuła się jakoś gorzej, czy specjalnie winna. Bo właściwie i tak wieczór miałam dla niej. A że później zaczęłyśmy… cóż… tak bywa.
– Opowiedz mi swój dzień – poprosiła.
I ja… opowiedziałam. Że bez względu na dzień tygodnia wstaję najpóźniej o 7-mej, że robię sobie kawę, że leję wodę do wanny i w tym czasie siadam z kubkiem kawy w gabinecie przy biurku przed komputerem i czytam najpierw pocztę, a potem newsy na portalach. Że czasem skrobnę coś na bloga (lub zacznę skrobać, by dokończyć w ciągu dnia). Że potem idę się kąpać i myć głowę. Że w wannie czytam książkę, że potem się ubieram, jem płatki, kremuję twarz i reszta zależy od tego, co to za dzień. Jeśli pracuję dla TVP to wychodzę z domu o 8:30. Jadę do redakcji i… Znów zależy, dla jakiego programu dziś pracuję. Jak dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego to szukam tematu, zgłaszam go na kolegium i jadę na zdjęcia. Jeśli kamerę mam z samego rana to po prostu jadę, a jeśli później to w redakcji podganiam inne sprawy. Piszę artykuły do gazet, dzwonię i coś tam dokumentuję. Odpowiadam na listy na forum 13-tki. Potem jadę na zdjęcia. Wracam po 2 godzinach, piszę tekst średnio w pół godziny. Wysyłam i po sprawdzeniu idę na montaż. Montuję średnio w 20 minut, czekam aż wydawca zaakceptuje i jestem wolna. Najpóźniej jest to 18-ta. Jeśli pracuję dla Kuriera Mazowieckiego to przed porannym kolegium obdzwaniam reporterów, wymieniamy uwagi, co do materiałów, które dla mnie robią. Układam to w szpigiel, zgłaszam na kolegium i po 10-tej jestem na tyle wolna, że mogę zająć się swoimi sprawami. Ale cały czas śledzę depesze PAP, a także podglądam rodzime TVP.INFO i konkurencję, czyli TVN24. Około 13-tej spływają pierwsze teksty. Redaguję więc, by mój podwydawca mógł pójść na montaż, który zaczyna się o 13.30. I od 13.30 do 17.30, kiedy to jest emisja Kuriera Mazowieckiego ja po prostu biegam od komputera, gdzie sprawdzam teksty przez dziuplę lektorską, w której te teksty, jako lektor, naczytuję, do montażowni gdzie podglądam jak przebiegają montaże. Przeglądam też zmontowane materiały, dyskutuję z prezenterem na temat treści tzw. „białych”, czyli zapowiedzi czytanych przez niego w studiu i… za chwilę emisja. Pędzę do studia. Tam sprawdzam, czy prezenter słyszy mnie przez słuchawkę w uchu, bo czasem trzeba coś mu powiedzieć w trakcie programu (np. dwa dni temu musiałam powiedzieć, że spada temat o strażakach, bo nadająca na żywo reporterka mówiła dłużej niż się umówiliśmy i żeby zmieścić się w czasie antenowym coś trzeba było zrzucić w trakcie trwania emisji.) Po 17.45 wychodzę ze studia. Jeszcze tylko kolegium po i… można iść do domu. Chyba, że wydaję program następnego dnia. To jeszcze omawiam z reporterami, co mi zrobią jutro i umawiam się, że się zdzwonimy rano. I tak to wygląda… oczywiście może się zdarzyć, że jest jakaś afera, że coś trzeba robić na wieczór itd. i wtedy ewentualne plany prywatne biorą w łeb. W dniu, kiedy nie pracuję w TVP wychodzę z domu później, bo najpierw piszę. Potem jadę załatwiać różne sprawy. Czyli objeżdżam redakcje prasowe, z którymi współpracuję, jakieś urzędy, pocztę, jadę na jakiś wywiad, dokumentację itd. Wieczorem siedzę nad powieścią – ostatnio poza domem. Z kolei, gdy mam spotkania autorskie to dzień wygląda jeszcze bardziej zwariowanie, bo trzeba wstać jeszcze wcześniej, ponieważ spotkania z młodzieżą są w tych godzinach, kiedy jest ona w szkole. Wszystko więc zależy też od tego gdzie to spotkanie jest. Trzeba tam bowiem dojechać.
– A kiedy siedzisz w domu? – spytała przyjaciółka.
– Rano i późnym wieczorem – odparłam.
– No, ale odpisałaś mi na maila w ciągu dnia…
– Pocztę odbieram w komórce.
– A nie spóźniasz się?
– Oczywiście, że zdarza mi się spóźnić! Ale nie z braku poczucia czasu, tylko z tego powodu, że gdzieś w pracy coś nagle mi wypadnie, a ja tego nie przewidzę i umówię się z kimś myśląc, że uda mi się te pracę skończyć na czas, czyli tak, jak się kończy emisja. (Zdarza mi się też spóźnić do pracy, gdy drogę na mojej ślepej ulicy zablokuje śmieciarka lub jakiś samochód dostawczy.)
– A jak ty to robisz? Przecież nie masz zegarka?
– No przecież mam w komórce, w samochodzie, w komputerze, na ścianie, no i w każdym pomieszczeniu w pracy wisi zegarek. Nawet na ulicach są zegary.
– No tak… – odparła. – Może ja, dlatego się wszędzie spóźniam i z niczym nie udaje mi się zdążyć, że nie pamiętam o zegarku w komórce czy w samochodzie…
A mnie się wydaje, że spóźnia się, bo po prostu ma za dużo czasu. Tylko wtedy, gdy mamy go za mało, szanujemy go i umiemy sobie zorganizować, by go tracić jak najmniej. I tak jest ze wszystkim.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.