Kim jestem w blogosferze?

Spread the love

To pytanie zadaję sobie od czasu, gdy zakończyła się druga już edycja Blog Forum Gdańsk. Było naprawdę świetnie, bo dyskusje owocne, znajomości ciekawe, no i psychicznie wypoczęłam, choć… samolot z Gdańska do Warszawy miał znaczne opóźnienie i zmęczyłam się pijąc wino na lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. No, ale kim jestem?

Większość uczestników Forum żyje blogami. Miałam wrażenie, że stanowią niemal sens ich życia. Ze mną tak nie jest. Lubię pisać, lubię kontakt z czytelnikami, ale blog nie jest moim życiem ani nawet sposobem na życie. Jest pewną formą kontaktu z czytelnikiem. Formą jednostronną. Ja czytelnikowi opowiadam co u mnie słychać i jaki absurd ostatnio mnie zajął. Czytelnik zaś czasem informuje mnie co sobie na ten temat myśli. Musi jednak wykazać się pewną pracą czyli napisać maila. Komentarzy bowiem u mnie nie ma. Co to oznacza? Otóż mnie się do tej pory wydawało, że jasno wszystko wyjaśniłam, a tymczasem… poforumowa reakcja blogerów na moje wyznanie, że nie można mnie komentować jest dla mnie pewnym szokiem.  Czytając poforumowe blogi (można do nich dotrzeć przez profil Blog Forum Gdańsk na Facebooku) znalazłam wypowiedzi, że nie pozwalam komentować bloga, bo boję się krytyki. No jasny gwint! Przecież jasno podczas debaty wyjaśniłam, że: Naprawianie świata zawsze zaczynam od siebie. Chciałabym, by ludzie w sieci przestali skrywać się za anonimowością, która wyzwala w nich bestie. To ona sprawia, że piszą rzeczy, których nikomu w oczy nie śmieliby powiedzieć. Skoro ja wszystko piszę jako ja, to tego samego wymagam od innych. Mogą przybierać pseudonimy, ale… zawsze te same. Tak jak Azrael Kubacki zawsze jest Azraelem, a Kataryna – Kataryną. Krytyki się nie boję. Wielokrotnie wzruszałam ramionami czytając na swój temat w sieci różne brednie. (Mam krótkie nóżki, tłuste włosy, chłop mnie rzucił…) Teraz też poczytałam o sobie na cudzych blogach. I o to właśnie mi chodzi w mojej niezgodzie na komentarze. JEŚLI LUDZIE CHCĄ MNIE KRYTYKOWAĆ – NIECH TO ROBIĄ U SIEBIE! Jest wolność słowa. Moja wolność słowa polega na tym, że piszę co chcę i nie chcę na swoim blogu czytać cudzych opinii. Ktoś chce je wyrazić – pisze mi o tym list, a ja mu odpowiadam. Chce te opinie publikować? Chce nawet jechać po mnie, jak po łysej kobyle? Proszę bardzo! Niech jedzie! Niech wypisuje co chce! Ale… u siebie!!! Ja chętnie nawet będę subskrybować bloga, którego autor będzie zajmował się tylko i wyłącznie krytyką mojej skromnej osoby. Proszę jednak, by ludzie przestali zmuszać mnie do akceptowania komentarzy i durnej publicznej dysputy z czytelnikami. Ja sobie z nimi dyskutuję, ale po cichu. Nazywa się to korespondencja mailowa. I jest to na pewno głębsze i pełniejsze niż krótka, rwana dysputa w komentarzach na blogu. Puibliczne pranie brudów nigdy mnie nie interesowało. Mój ekshibicjonizm jest wbrew pozorom mocno ograniczony.

Podczas pobytu na tegorocznym Blog Forum Gdańsk stwierdziłam, że piszę coś, co jest chyba poza blogosferą. Mój blog nie jest polityczny. Nie jest o technologiach. Nie jest o książkach, filmach czy teatrze choć czasem o tym piszę. Nie jest o mediach, choć czasami zdradzam kulisy pracy dziennikarza. Nie jest też lifestylowy. Nie interesują mnie marki, bo nie jestem snobem. Zawsze mówię, że snobizmu są dwa rodzaje. Jeden nazywam „Givenchy” (czytaj: żiwenszi), a drugi „Pierdzienchy” (czytaj: pierdzienszi) i oba mnie drażnią i mi nie odpowiadają. Nie zajmuję się kuchnią, choć… może kiedyś opublikuję jakiś przepis (ostatnio zrobiłam „penne al salmone” i zarówno moim zdaniem, jak i zdaniem Ulubionego, wyszło lepsze niż knajpowe). Na pewno nie jestem szafiarką, bo nie piszę o modzie. Sama zresztą nie czytam i nawet nie chciałabym czytać takiego „modnego bloga”. Choć może ważne jest, że w szmatluksie kupiłam zimowe super buty na wagę za 40 złotych i były one zupełnie nowe, z metkami itd., ale czy wtedy jako blogerka kupująca modne rzeczy w szmatluksie nie powinnam zwać się syfiarką? Przecież to zakup u tzw. „Tatiany Odzież”, która preferuje modę typu „Tani Versace”. Chociaż syfiarką mogę być i bez tego. W końcu absurdy to czasem syf, malaria i korniki lub, jak kto woli komorniki.

Kim więc jestem w blogosferze? No właśnie! Czy ja w ogóle w niej jestem? Być może nie jestem prawdziwym blogerem, bo nie taguję wpisów, nie pozwalam ich komentować i nie wpisuję się w żadną konkretną szufladkę. Na pewno jednak jestem prawdziwym człowiekiem. Prawie jak ten lotnik z powieści Borisa Polewoja. Piszę to mając świadomość, że „prawie” robi czasem wielką różnicę.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.