W szponach farmy trolli, czyli hejt nasz powszedni

Spread the love

Jakże łatwo dajemy się zmanipulować. My, którzy do dyspozycji mamy wiedzę dzięki internetowi i globalizacji. Paradoksalnie to, co pozwala nam szybko zdobywać informacje jest często przekleństwem naszego społeczeństwa. Dlaczego? Otóż… moim zdaniem jak zawsze wszystkiemu winne lenistwo. Nie chce nam się sprawdzać informacji, powielamy je, a często są to dezinformacje. Mało tego! Bywa, że sami z informacji robimy dezinformacje przekręcając czyjeś słowa, przeinaczając cytat, nadinterpretując coś. Nie zastanawiamy się nad tym, co stanie się dalej. Na dodatek dajemy się podpuszczać trollom, a przede wszystkim botom.

Kiedy jakiś czas temu opublikowałam na FB swoją wypowiedź na temat polityczny, czego przeważnie nie robię, spotkało mnie coś, czego nie przewidziałam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że moje zdanie nie każdemu się spodoba. Nawet liczyłam się z tym, że może zostać źle zrozumiane (co się oczywiście też stało), ale nie przypuszczałam, że zostanę do tego stopnia zaatakowana, że zacznę odbierać telefony z wyzwiskami, życzeniami gwałtu, śmierci i różnymi groźbami. W efekcie pierwszy raz w życiu wychodząc rano z domu obejrzałam samochód, czy nie mam pod nim ładunku wybuchowego i czy nikt nie czai się, by mnie pobić lub zabić.

Cóż się stało? Otóż wyraziłam swoje zdanie na temat odebrania przez prezydenta RP odznaczenia prezydentowi Ukrainy. Uważam, że nie powinno się tego robić głowie państwa, które jest w stanie wojny etc., zwróciłam przy tym uwagę jakim postaciom, które nie zapisały się dobrze w historii Polski tego odznaczenia nie odebrano. Nie pisałam wprawdzie o tym, ale od początku uważam, że możliwym jest, że inspiracja o nadaniu imienia UPA jednostce armii ukraińskiej, która podobno wyszła od samych ukraińskich żołnierzy, mogła zostać zasugerowana przez jakichś rosyjskich agentów, którzy od początku grają Wołyniem i tą straszną karta próbują antagonizować nasze narody. Przy czym nigdzie nie napisałam, że popieram UPA czy kocham Banderę. Co za bzdura i jak w ogóle mógł ktoś tak pomysleć? Napisałam tylko, że „Ukraina ma prawo do własnej pamięci historycznej i do własnych bohaterów, nawet jeśli ich ocena poza jego granicami jest inna.” Co ciekawe mam męża, którego część rodziny została wymordowana przez UPA. Swój tekst opatrzony zdjęciem miasta gdzie mieszka mój teść zakończyłam słowami „nienawiść jest zaraźliwa jak dżuma. Nie pozwólmy by wkradła się w nasze serca.” Wydawało mi się, że takie pokojowe zakończenie, nawołujące do tolerancji będzie ok. A jednak… stało się inaczej.

Przede wszystkim nagle… mój post bez żadnej reklamy osiągnął zasięg prawie 249 tysięcy wyświetleń. Jak do tego doszło? Facebook zaczął go promować, bo okazało się, że algorytm lubi treści polityczne i kontrowersyjne i chętnie podpowiada je szerszemu gronu użytkowników spoza moich obserwatorów. Co ciekawe najpierw ten post negatywnie skomentował mąż kuzynki (działający na FB pod ksywką), co dało pierwszy impuls. Bo przeważnie pierwszy komentarz nadaje ton reszcie. Potem ktoś wrzucił post (prawdopodobnie z negatywnym komentarzem) na jakąś grupę polityczną i uruchomiła się lawina. Algorytm zobaczył rosnące zaangażowanie i zaczął masowo promować post dalej. W pewnym momencie dołączyły boty i trolle sztucznie nakręcając zasięg i tworząc wrażenie powszechnego oburzenia.

Poprosiłam AI, by skomentowała statystyki, do których przecież mam dostęp i które udostępniłam sztucznej inteligencji. Co wywnioskowała? Otóż, ponieważ z prawie 249 tysięcy wyświetleń aż 99,2% (ponad 246 tysięcy) to nieobserwujący mojego profilu, a tylko 0,8% (1962) to moi stali obserwatorzy. Na dodatek pojawiło się ponad 2700 agresywnych komentarzy, a post przyniósł zaledwie +7 nowych obserwatorów, więc wg AI to klasyczny coordinated inauthentic behavior – zorganizowany atak fabryki botów, który algorytm potraktował jako „sukces”. Platforma po prostu nagradza silne reakcje, nawet negatywne, bo to wydłuża czas jaki użytkownik spędza na Facebooku, co dla platformy jest bardzo opłacalne.

Najciekawsze dla mnie było to, że część rzeczywistych osób dała się tej farmie botów podpuścić i dołączyła do fali negatywnych komentarzy wmawiając mi często rzeczy, których w ogóle nie napisałam. Jak np. uwielbienie dla Hitlera (sic!). Zrobili to bez żadnej głębszej refleksji, kierowani emocjami, które łatwo podsycić w gorącym temacie politycznym. Niektórzy zapewne po prostu lubią czuć się częścią „słusznej większości”, inni „tylko” wyładowywali frustrację, a jeszcze inni nie zadali sobie trudu, żeby przeczytać całość posta (wystarczył im nagłówek i kilka agresywnych komentarzy) rzucili się na mnie, często wybierając z treści fragment zdania bez zrozumienia całości. Byli zupełnie nieświadomi, że pomagają botom w nakręcaniu spirali hejtu, wzmacniając efekt, którego nigdy sami by nie osiągnęli.

Najgorsza jednak była grupka tych, którzy prawie przeszli od słów do czynów i dzwonili do mnie z wyzwiskami, życzeniami śmierci i gwałtu oraz groźbami pobicia. To już nie były tylko anonimowe komentarze botów tylko realni ludzie, którzy pod wpływem fali hejtu poczuli się uprawnieni, żeby bezpośrednio mnie zaatakować. Pierwszy telefon z wywrzeszczanym mi w ucho słowem „szmata” zdumiał mnie. A potem… poleciała lawina. Wyzywano od ukraińskich dziwek, kurew, pomiotów upadlińskich itd. Odbierano mi prawo do bycia Polką. Życzono „gwałtu rozbitą butelką”, śmierci jaka spotkała zamordowanych na Wołyniu itp. Ponieważ wiele lat temu zablokowałam możliwość dzwonienia do mnie z numerów zastrzeżonych, więc wszystkie numery dzwoniących mi się wyświetlały, a ja skrupulatnie zapisywałam je w notesie dodając do słowa „hejter” kolejny numer porządkowy. Potem za pomocą specjalnego programu sprawdziłam ich dane, a następnie odnalazłam w sieci i obejrzałam kim są. Było to dla mnie bardzo pouczające, bo wszyscy dzwoniący, których udało mi się zidentyfikować byli ludźmi spoza mojego świata. Byli to mężczyźni w przedziale wiekowym 25–55 lat. Część z nich stanowiły osoby mieszkające na stałe w Polsce, z mniejszych miejscowości lub peryferii dużych miast, o niższym lub najwyżej średnim wykształceniu. Spora grupa dzwoniła z zagranicy – szczególnie z Niemiec i Wielkiej Brytanii i byli to zapewne emigranci zarobkowi. Ponieważ telefony miały miejsce w weekend, a po głosie można było poznać, że w kilku przypadkach były to osoby niezbyt trzeźwe, więc zapewne telefon do mnie stanowił dla nich rozrywkę. Najwyraźniej bardziej opłacalną od spaceru, wizyty w jakimś Muzeum, teatrze czy kinie. Jak wyczytałam w internecie badania dotyczące cyberprzemocy i hejtu w Polsce (m.in. raporty NASK, Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę oraz analizy psychologiczne) pokazują, że sprawcy tego typu agresji mają problem z kontrolowaniem emocji, obwiniają innych za swoje frustracje i silnie utożsamiają się z hasłem „my kontra oni”. Często są to ludzie sfrustrowani życiowo, podatni na manipulację narracjami „zdrady narodowej” lub „wojny kulturowej”. W spolaryzowanych tematach czują się „uprawnieni” do agresji, bo w danym momencie czują się anonimowi i bezkarni.

By zastopować fale hejtu najpierw ograniczyłam możliwość komentowania, a następnie zablokowałam te profile, które nie miały żadnych treści na swoich tablicach, czyli klasyczne boty. Było ich kilkadziesiąt, ale wybierając opcję „zablokuj XXX i wszystkie profile, które kiedykolwiek stworzy”, często automatycznie znikały inne konta, które brały udział w nagonce na mnie.

A co z realnymi ludźmi? Nie mogąc komentować tego konkretnego wpisu zaczęli komentować inne niezwiązane z tematem. W tym teksty wspomnieniowe o mojej rodzinie lżąc moich przodków. To pokazało mi, że hejter nie jest w stanie zatrzymać się w żadnym momencie.

A na zdjęciu… Screen statystyk z dziś. Ciekawe, prawda? Zwłaszcza fakt, że 94,1% użytkowników ten materiał zaproponowano…

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

Z wykształcenia: historyczka sztuki, scenarzystka i bibliotekarka. Z zawodu: pisarka, dziennikarka i muzealniczka. Z pasji: blogerka, varsavianistka i genealożka. Miłośniczka: książek, filmów, gier planszowych, kart do gry, jamników i miodu...