Proszę konsumować szmirę, czyli jak Mentzen zabija artystów

Spread the love

Sławomir Mentzen stwierdził, że jeśli artysta lub pisarz nie potrafi sam się utrzymać na rynku, to nie jest artystą, tylko hobbystą. Że tworzy nie sztukę, tylko „badziew”, a państwo nie powinno finansować „nierobów i darmozjadów”.

Z całym szacunkiem – znam tę logikę z autopsji i pisałam o tym w swoim felietonie dla „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” już w lutym 2024 roku. Tytuł felietonu brzmiał Proszę konsumować szmirę. Impulsem była rozmowa z panią z działu promocji jednego z dużych wydawnictw. Rozmowa zeszła na poziom współczesnej literatury. Obie zgodziłyśmy się, że w dużej mierze jest on żałosny. Większości bestsellerów, po które sięgałam w ostatnich latach, nie byłam w stanie przeczytać do końca – odstraszały zarówno treść, jak i język. Saga bijąca rekordy popularności, z której przeczytałam jeden tom, pozostaje w moim przekonaniu literackim koszmarem. Na dodatek dzisiaj recenzje piszą głównie influencerzy dostający książki za darmo. krytyki właściwie już nie ma. Jedyna profesjonalna krytyczka, która się nad tym bestsellerowym badziewiem pochyliła, słusznie zwróciła uwagę na powtarzalne schematy, spłaszczoną psychologię postaci i wydumane problemy. Zacytowała przy tym Umberto Eco, który pisał o przyjemności płynącej z powtarzania tego, co już znane. A jednak te szmirowate powieści sprzedają się w ogromnych nakładach, podczas gdy książki ambitniejsze, te chwalone przez kompetentnych krytyków, najczęściej nie znajdują szerszego grona czytelników.

Skąd się to bierze? Moim zdaniem z długotrwałego obniżania przeciętnego poziomu intelektualnego społeczeństwa. Badania IQ prowadzone m.in. w Wielkiej Brytanii, Norwegii i Stanach Zjednoczonych pokazują, że po szczycie osiągniętym przez pokolenie urodzone w połowie lat siedemdziesiątych średnia systematycznie spada – o około siedem punktów. Jak pisała Wisława Szymborska: ludzie „głupieją hurtowo, a mądrzeją detalicznie”. Polska nie jest tu wyjątkiem.

Gdy w trakcie wspomnianej rozmowy zwierzyłam się pani z promocji, że rozwiązano ze mną wszystkie umowy na moje powieści młodzieżowe – włącznie z ostatnią, już zamówioną – mimo bardzo dobrych recenzji wewnętrznych od literaturoznawców, usłyszałam: „Może pora już przestać być twórcą, a zacząć być konsumentem kultury?” Przyznam, że dawno nikt mnie tak nie skopał. To był nokaut! Ta pani odmówiła mi prawa bycia pisarką i nakazała konsumować coś, co sama uważa za szmirę, tylko dlatego, że nie sprzedaję wielkich nakładów. Boże! Przeżywałam to wiele tygodni. Na szczęŚcie znalazłam wydawCę, ktÓry docenił treść mojej powieści i Drzewo Maurycego ujrzało światło dzienne. w postaci druku.

Pisarką chciałam być od dziecka. To nie był kaprys – to była głęboka potrzeba opowiadania historii. Jako jedynaczka, często skazana na samotność, wymyślałam bajki, opowieści, całe światy, aż nadszedł moment, kiedy zapragnęłam się nimi dzielić z innymi. Zadebiutowałam w 1987 roku, ale dopiero po Okrągłym Stole udało mi się wydać pierwszą książkę. Zawsze miałam pod górkę, ale jakoś szło. Ostatnio jest słabo. Niby wydałam książkę, ale pracując nad jej sukcesem niemal codziennie odbijam się od ściany, bo wydawnictwo małe i ambitne, a na rynku liczą się duzi gracze, dla których najważniejsza jest… kasa.

Wyłożyłam więc własne pieniądze na reklamę, ale wiem, że za mało. By odnieść sukces trzeba wyłożyć wiele tysięcy, a nie kilkaset złotych. Korzystać z influencerów? Ryzykowne. Dlaczego? Poziom reklam taki jak to, co jest na topie. Zgłosiła się do mnie ostatnio jedna Pani z propozycją napisania recenzji. Kiedy poprosiłam o próbkę, czyli o to, jakie recenzje pisała dotychczas, dostałam link do czegoś, co jest po prostu informacją o treści książki uzupełnioną zdaniem „warto przeczytać”. Takie coś to ja mogę napisać sama. Co gorsza, influencerka ewidentnie nie wie, czym jest recenzja. Święcie wierzy, że tym właśnie jest to, co mi proponuje. Konkretnie jej oferta brzmiała: książka za „recenzję” (czyli ten opis z wplecionym tekstem „warto przeczytać”), albo za 200 złotych rolki i posty ze stylizowanymi zdjęciami książki, za 400 złotych więcej rolek i zdjęć… itd. Pani ma zasięgi. Pani wystawia faktury. Tak to dzisiaj funkcjonuje. Nie zdecydowałam się na zapłatę. Wysłałam tylko książkę wraz z trzema innymi, starszymi. Nie chcę być odebrana jako osoba niegrzeczna czy zarozumiała. Nic do tej kobiety nie mam. Żyjemy po prostu w innych światach. I ten drugi świat to jest to, czego chce Pan Mentzen pisząc to co napisał.

Dlatego dziś, po przeczytaniu tekstu Mentzena, przypomina mi się nie tylko ta influencerka proponująca jako recenzję pięć zdań opisu mojej książki wraz z tekstem „warto przeczytać”, ale także pani z wydawnictwa, która nie przeczytała ani jednej mojej książki, a uważa, że powinnam przestać tworzyć i zacząć konsumować właśnie tę szmirę, którą sama uważa za katastrofę.

Co za katastrofę uważa Mentzen? To, co się nie sprzedaje. Choć nawet nie wie, co to jest. Co jego zdaniem jest wartościowe? To, co idzie w milionach! A to z kolei ja i większość intelektualistów (tak! bezczelnie uważam się za intelektualistkę i proponuję książki, które nie przelecą przez człowieka jak piwo tylko coś w nim pozostawią) uważamy za szmirę. Wspomniana przeze mnie saga spotkała się z potępieniem ze strony literaturoznawców z Uniwersytetu Warszawskiego czy Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Nikt z nich jednak nie napisał tego oficjalnie. Każdy powspominał jedynie w prywatnych rozmowach. Nikt nie chce ruszyć tego g., bo nie chce być narażony na hejt. A to spotyka tych, którzy krytykują coś, co czytają miliony. Większość to siła. Tak jest w demokracji i tak jest w mediach społecznościowych i czasach, gdy internet jest królem świata, bo pozwala, by glos miał każdy – nawet kompletny idiota.

Nie dogadamy się, panie Mentzen. Dlaczego? Otóż… Cała istota Pańskiego rynkowego fundamentalizmu polega na tym, że Pan nie rozumie: rynek nie nagradza tego, co wartościowe, lecz to, co najłatwiej sprzedać masowemu, coraz gorzej wykształconemu i mniej wymagającemu odbiorcy. Nagradza schematy i uproszczenia. A potem ktoś taki jak Pan przychodzi (cały na biało) i mówi takim jak ja (i miliony innych): nie sprzedajesz się? Zatem jesteś hobbystą. Wróć! Nawet nie hobbystą! Nierobem! Zamiast tworzyć swoje wypociny, konsumuj to, co się sprzedaje w milionach. Czytaj tę szmirę! Nie chcesz? To ja ci ją do gardła wepchnę!

Z tekstu polityka wnioskuję, że Pan Mentzen odmawia mi prawa do tworzenia. A ja? Co na to ja?

Panie Mentzen! Odmawiam Panu prawa bycia politykiem. Weź się Pan do roboty! Bo pieprzysz Pan te głupoty, bo czytasz te bzdury, które sprzedają się w milionowych nakładach, słuchasz tej muzyki skomponowanej na trzech klawiszach na jedno kopyto, pewnie jeszcze oglądasz te filmy, których bohaterowie tłumaczą to co przed chwilą pokazano na ekranie. Pieprzysz te bzdury za pieniądze z moich podatków. A ja je płacę, zarabiając w inny sposób, by mieć za co żyć, a po godzinach pisać swoje książki, które nazywasz badziewiem…

PS Boże! Jeszcze jestem na tyle kulturalna, że zwracam się do niego per „Pan”. A przecież to zwykły… cham!

Ilustracjami do tego tekstu są:

  1. obraz Carla Spitzwega pt. Ubogi poeta. To jedna z najbardziej znanych prac Spitzwega, doskonale oddająca romantyczną postawę artysty, który mimo przeciwności losu pozostaje wierny swojej pasji.
  2. Autoportret umierającego Modiglianiego wraz z protektorem wartościowej sztuki Sławomirem Mentzenem. Autor: Chat GPT . Amadeo Modigliani zmarł 24 stycznia 1920 roku w wieku zaledwie 35 lat. Główną przyczyną śmierci była gruźlica (chorobę wykryto u niego już w młodości), która w ostatnich latach życia doprowadziła do ciężkiego zapalenia opon mózgowych. Stan artysty pogarszały nie tylko narkotyki i alkohol (dziś byłoby to pewnie piwo z pubu Pana Mentzena), ale przede wszystkim chroniczna bieda i niedożywienie. Osłabiony organizm nie był w stanie walczyć z infekcją. Dzień po jego śmierci ciężarna żona Modiglianiego, Jeanne Hébuterne, popełniła samobójstwo.

 

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

Z wykształcenia: historyczka sztuki, scenarzystka i bibliotekarka. Z zawodu: pisarka, dziennikarka i muzealniczka. Z pasji: blogerka, varsavianistka i genealożka. Miłośniczka: książek, filmów, gier planszowych, kart do gry, jamników i miodu...