Hejterom odpowiadam: wyrzućcie sztukę i mówcie po chińsku

Spread the love

Po moim ostatnim felietonie na temat wypowiedzi Sławomira Mentzena wylała się na mnie fala hejtu – nie tylko w komentarzach, ale także w wiadomościach prywatnych. Na szczęście wiele lat temu ustawiłam telefon tak, że można do mnie zadzwonić jedynie z numeru z identyfikacją. Jestem więc wolna od telefonicznych wyzwisk.

Oprócz wyzwisk są też i komentarze, które pokazują, że ludzie nie wiedzą, o co chodzi, ale mimo to wypowiadają się z przekonaniem. Najczęstszy zarzut dotyczy zasad wolnego rynku, popytu i podaży oraz ekonomii. Cóż… to najczęstszy błąd komentujących, którzy zapominają, że podstawy ekonomii oczywiście działają, ale nie do całej dziedziny sztuki – bo obraz to nie śrubka w żelaznym sklepie, a książka to nie chleb.

Czytam też głosy poparcia dla Sławomira Mentzena, w których pojawiają się pytania: „Czym zwykli ludzie są gorsi?”. Odpowiadam: nikt nie jest gorszy. Ale jeśli ktoś uważa, że artyści nie powinni otrzymywać żadnego wsparcia z budżetu państwa, to niech konsekwentnie domaga się też likwidacji dopłat dla rolników i górników. Tylko w 2025 roku na górnictwo planowano przekazać ok. 9 miliardów złotych z budżetu państwa. Do emerytur rolniczych z KRUS dopłaca się rocznie ok. 24 miliardy złotych – składki rolników pokrywają zaledwie ok. 8% wydatków. To są stałe, gigantyczne transfery publiczne do tych grup zawodowych. Nikt nie nazywa ich „darmozjadami”.

Dla porównania: cały system wsparcia dla artystów ma kosztować w pierwszym roku ok. 350–380 milionów złotych. To jest skala, o której warto pamiętać, gdy ktoś krzyczy o „marnowaniu pieniędzy podatników” na artystów.

Wielu komentujących najwyraźniej nawet nie przeczytało samej ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Jak tłumaczyła ministra kultury Marta Cienkowska, chodzi o twórców, którzy przez brak ciągłości zleceń tracą dostęp do ubezpieczenia zdrowotnego i świadczeń społecznych. To nie jest sponsorowanie wielkich gwiazd. To jest realna pomoc artystom, którzy gwiazdami nie są – a jest ich przytłaczająca większość. Te dopłaty do ZUS nie będą dotyczyć ani Dody ani nawet mnie. Dlaczego? Próg dochodowy w ustawie jest bardzo niski. Przy minimalnym wynagrodzeniu obowiązującym od stycznia 2026 r. (4806 zł brutto miesięcznie) średni roczny dochód z trzech poprzednich lat nie może przekraczać 72 090 zł brutto. To oznacza, że pomoc jest skierowana wyłącznie do artystów naprawdę najsłabiej zarabiających.

Podobny poziom „debaty” co Mentzen reprezentuje niedawna wypowiedź Skolima, który w swoim live’ie podczas promocji własnych kiełbasek (sic!) artystów domagających się podstawowych zabezpieczeń socjalnych nazwał wprost „kurwami i ćpunami”. Stwierdził, że „starzy przechlali całą karierę, przećpali”, a „młodzi robią taką chujową muzykę czy obraz, że nikt tego nie chce oglądać”, i że „nasze pieniądze mają iść na dzieci, na drogi, a nie na jakieś kurwy i ćpuny”.

Do jego słów ostro odniósł się Krzysztof Skiba, lider zespołu Big Cyc. W emocjonalnym wpisie zatytułowanym „Do Skolima, co wstydu ni ma” napisał m.in.:

„Powiedziałeś o swoich koleżankach i kolegach ze sceny, że artyści to kurwy i ćpuny i żadne emerytury im się nie należą. […] To nie jest fajne, gdy bogaty naśmiewa się z biednych. Ja i Ty nie potrzebujemy żadnych emerytur, ale są tacy artyści, którzy nie odnieśli sukcesu. Latami grają w offowych teatrach lub zespołach na bieda umowy o dzieło.”

Skiba nazwał wypowiedź Skolima „prezentem dla głupiej gawiedzi” i ostrzegł go, że za dwadzieścia lat sam może znaleźć się w zupełnie innej sytuacji finansowej.

Pogardliwy stosunek do artystów, który objawił się wysypem obraźliwych komentarzy i maili pod moim adresem, jest spójny z tym, co zaobserwowałam w ubiegłym roku w Krynicy-Zdroju. Na przełomie maja i czerwca 2025 roku w tamtejszym amfiteatrze odbył się koncert „Z arią i piosenką przez świat” Krynickiej Orkiestry Zdrojowej z solistami Moniką Biederman-Pers i Piotrem Karzełkiem. Bilety kosztowały tylko 20 złotych. Amfiteatr był zapełniony zaledwie w jednej trzeciej. Reszta słuchaczy przyszła na tzw. „krzywy ryj”. Obstawili amfiteatr dookoła i tak słuchali koncertu. Gdy ze sceny padła prośba, żeby jednak wykupili bilety, bo ich cena równa się cenie kawy na deptaku, a koncert jest przecież opłacony przez miasto, bo z biletów opłacenie artystów i orkiestry nie byłoby możliwe – nikt się nie ruszył. Było mi wstyd za tę publiczność.

Pogarda dla artystów jest obraźliwa dla wszystkich ludzi kultury – także dla mnie. Przez przeszło 21 lat pracowałam w TVP na umowach śmieciowych. Równolegle pisałam książki. Niektóre z nich to dokumenty i reportaże na trudne tematy, a więc rzeczy niszowe. Moja publikacja Dziewiętnastoletni marynarz jest dla tych, którzy wychowywali się na książkach Karola Olgierda Borchardta, pozycją ważną i poruszającą. Ale jest ich coraz mniej. Podobnie jest z napisaną wspólnie z moim nieżyjącym ojcem książką Syn dwóch matek, która opowiada o zagładzie Zamojszczyzny. Nigdy nie będzie to pozycja sprzedawana masowo, bo ludzie wolą czytać rzeczy lżejsze. Ponadto napisałam wiele książek dla młodzieży. Dla tego czytelnika jest również moja ostatnia powieść pt. Drzewo Maurycego. Jej bohaterem jest jedenastolatek, więc adresuję ją głównie do czytelników w przedziale wiekowym 9–12 lat. Ta grupa stanowi zaledwie około 3–4% polskiego społeczeństwa. Jaki procent z tego małego odsetka realnie kupi nową książkę? Niewielki. Rodzice często zniechęcają dzieci do kupowania książek. Sama słyszałam: „Kup lepiej sweter”. Uważają, że skoro dziecko już umie czytać, kupowanie dla niego książek to strata pieniędzy. Cel, czyli umiejętność czytania został osiągnięty. Dlatego to nie jest literatura masowa. To literatura niszowa z definicji.

W PRL rzeka książek była głęboka i wąska – to znaczy wydawano mało tytułów w wielkich nakładach wynoszących nawet 100 tysięcy egzemplarzy. Dziś jest odwrotnie: jest masa książek w niewielkich nakładach. A pisarz ma płacone od nakładu. Na jednej książce zarabia ok. 3–4 złotych. Gdy nakład wynosi dziś 5 tysięcy egzemplarzy, uznawany jest za duży. Jak żyć za 15-20 tysięcy złotych w skali rocznej, gdy książkę pisało się na przykład kilka lat? Zwłaszcza, że dochód ze sprzedaży kapie, a nie leje się strumieniem. To jedno z wielu pytań, które chciałabym zadać wszystkim popierającym Mentzena oraz jemu samemu.

Ale rzecz nie dotyczy tylko pisarzy. Dokładnie tak samo jest w malarstwie, muzyce klasycznej, teatrze i rzeźbie. Mój mąż jest aktorem z dość dużym dorobkiem artystycznym. Ale od lat pracuje na taśmie w fabryce, by nie musieć samemu płacić ZUS, by „biła mu” emerytura i mieć opiekę medyczną. Czy to, że z honorariów aktorskich nie jest w stanie tego opłacić, czyni go hobbystą i darmozjadem? Czy „kurwą i ćpunem”?

Ludzie często nie rozumieją, czym jest sztuka. Nie rozumieją, że z niej bardzo często rodzi się potem nauka i technologia. Z mitu o Ikarze wzięła się idea latania – i w efekcie powstały samoloty.

Celebryta to nie zawsze artysta. Zgodnie z klasyczną definicją celebryta to człowiek znany z tego, że jest znany. Bardzo często ci ludzie, szczególnie influencerzy, zarabiają ogromne pieniądze na Facebooku i innych mediach społecznościowych, ale nie jest to twórczość artystyczna. Przeczytałam w jednym z komentarzy, że „dziś artyści mogą zarabiać na YouTubie”. Chciałabym się dowiedzieć, jak pisarz ma na tym zarabiać? Mogę wrzucić krótki filmik zachęcający do przeczytania książki, ale to nie jest moja domena, a z odtworzeń takiego filmika nie utrzymam się. Tak jak żadnych dochodów nie przyniosło mi wrzucone na YT przeszło 60 filmów będących ekranizacją listów stanowiących trzon wspominanej już dokumentalnej książki Dziewiętnastoletni marynarz.

W swoim życiu dostałam tylko raz stypendium z ZAIKS-u. Było to 5 tysięcy złotych, a udało mi się je dostać raz na prawie 40 lat pracy pisarskiej. Dwa razy otrzymałam półroczne stypendium MKiDN. To nie są wielkie kwoty. Nie można z tego korzystać co roku. Po otrzymaniu stypendium MKiDN trzeba odczekać pewien czas od rozliczenia, zanim można złożyć kolejny wniosek.

W debacie publicznej często pojawia się argument, że wojny toczą się nie tylko o terytorium czy surowce, ale przede wszystkim o kulturę, tożsamość i wartości, które dana wspólnota uznaje za fundamentalne.
Winston Churchill, w najtrudniejszym momencie historii Wielkiej Brytanii, wyraził to przekonanie z niezwykłą mocą. Gdy wiosną 1940 roku dyrektor National Gallery Kenneth Clark zaproponował wywiezienie najcenniejszych obrazów do Kanady, Churchill odpowiedział krótko i kategorycznie: „Zakopać je w jaskiniach i piwnicach. Żadne nie może jechać. Pokonamy ich.” Dla niego ewakuacja dzieł sztuki równała się przyznaniu klęski – a na to nie mógł sobie pozwolić. Te same przekonanie o fundamentalnym znaczeniu kultury dla przetrwania narodu Churchill wyraził również w innych słowach:

„Sztuka jest niezbędna dla pełnego życia narodowego. Państwo jest zobowiązane do jej podtrzymywania i wspierania.”

Warto przypomnieć, że sam Churchill był nie tylko mężem stanu, ale także pisarzem i historykiem – w 1953 roku otrzymał literacką Nagrodę Nobla za swoje dzieła historyczne i biograficzne. Dla niego obrona kultury nie była pustym gestem, lecz głębokim przekonaniem człowieka, który sam tworzył.

Jeśli więc ktoś dziś uważa, że polska kultura i polscy artyści są godni pogardy i nie zasługują na żadne wsparcie, to rzeczywiście warto zapytać: po co w ogóle bronić kraju, którego kultura jest tak bardzo godna potępienia?

Jeśli kultura własnego narodu jest dla kogoś czymś tak marginalnym i godnym drwiny, że można artystów nazywać „kurwami i ćpunami”, to po co w ogóle przelewać krew i płacić podatki na jego obronę? Może wtedy rzeczywiście lepiej od razu zacząć uczyć się rosyjskiego lub chińskiego? Niech zrobią to wszyscy ci, którzy z entuzjazmem popierają w tej sprawie Mentzena czy Skolima. I niech natychmiast wyrzucą ze swojego życia muzykę, obrazy, książki, teatr i przestaną oglądać filmy.

Nie jestem zwolenniczką bezwarunkowych zasiłków i przywilejów dla każdego, kto nazwie się artystą. Uważam jednak, że pogardliwe wrzucanie ludzi z realnym, wieloletnim dorobkiem do worka „nierobów, hobbystów i twórców badziewia” jest nie tylko niesprawiedliwe – jest prymitywne i świadczy o całkowitym niezrozumieniu roli kultury.
Nikt z nas nie boi się pracy. Ja od kilku lat jestem na etacie w muzeum. Dlatego mam mniej czasu na pisanie powieści czy opowiadań, poświęcając każdą wolną chwilę na teksty naukowe, do katalogów muzealnych wystaw czy publikacji pokonferencyjnych. Ustawa nie jest więc dla takich jak ja. Jest dla tych, którzy etatów nie mają.

Natomiast wszyscy, którzy opluli artystów, wykazali się głębokim niezrozumieniem i pogardą dla sztuki, którą mylą z popkulturą. A to ogromna różnica. Chciałabym, by wszyscy ci ludzie dokładnie przeczytali ustawę i zaczęli szerzej patrzeć oraz głębiej myśleć.

I niech odpowiedzą sobie na pytanie: ile razy słuchali koncertu przez płot, niczym ci z Krynicy-Zdroju, którzy nie chcieli zapłacić 20 złotych za bilet, a stali dookoła ogrodzenia? Ile razy kupili piracką płytę, ściągnęli z Chomika książkę czy film? Ile razy skonsumowali sztukę za darmo, nie płacąc twórcy ani grosza?

A na zdjęciu ja na ostatnich Targach Książki. Trzy (sic!) mamy przy mnie powiedziały swoim dzieciom: „Po co ci książka”. Doprawdy nie wiem po co tam przyszły…

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

Z wykształcenia: historyczka sztuki, scenarzystka i bibliotekarka. Z zawodu: pisarka, dziennikarka i muzealniczka. Z pasji: blogerka, varsavianistka i genealożka. Miłośniczka: książek, filmów, gier planszowych, kart do gry, jamników i miodu...