Kiedy kilka lat temu Facebook umożliwił zamieszczanie bardzo długich postów blogosfera właściwie umarła. Ja też zaczęłam rzadziej pisać cokolwiek na blogu. Potem stwierdziłam, że to co pojawia się na Facebooku, kiedy jest bardzo długim tekstem, nie zawsze jest czytane. Zdecydowałam wtedy, że jeżeli będę coś publikowała w mediach społecznościowych to będzie krótkie. Ponieważ Instagram, z którym powiązany jest moje konto na Facebooku, ma ograniczenie limitu znaków do ok. 2 000, więc staram się zamieszczając coś opatrywać to zdjęciem i komentarzem do 2 000 znaków, żeby równolegle było to na Instagramie. Jakie to są rzeczy? Przede wszystkim te, które dotyczą mojej twórczości, czyli moich książek i artykułów, choć tu zamieszczam też linki do stron w sieci. Po drugie te, które dotyczą mojej działalności historyczno-sztucznej, czyli wizyty w muzeach oraz krótkie teksty o sztuce. Po trzecie te, które dotyczą mojej działalności w moim muzeum, jak oprowadzania kuratorskie, wystąpienia publiczne, wystawy, których jestem kuratorem czy publikacje katalogów. Wreszcie na koniec publikuję takie treści, które dotyczą mojej działalności genealogicznej. Od wielu lat prowadzę portal genealogiczny piekarscy.com.pl, który niezmiennie cieszy się sporym zainteresowaniem. Ostatnio nawet zaczęłam zastanawiać się, czy nie stworzyć fundacji poświęconej genealogii, historii i tradycji, dla której ten portal byłby jakimś punktem wyjścia, bo przecież, choć nazwa portalu to piekarscy.com.pl to każdy, kto na portal zajrzał widzi, że rodzinę pojmuję bardzo szeroko. Na moim portalu jest nie tylko najbliższa rodzina związana z noszonym przeze mnie nazwiskiem, ale też rodzina mojej matki, mojego obecnego i byłego męża, a także dalsi krewni i powinowaci. Są więc dzieci adoptowane i przysposobione, byłe żony i mężowie, a także takie postaci jak macocha, ojczym itd. Ponieważ Instagram jest platformą ściśle związaną z obrazem, więc staram się co jakiś czas udostępniać na nim jakieś zdjęcie z tych moich genealogicznych zbiorów i pisać o tym zdjęciu lub przedstawionej na nim postaci coś ciekawego. W przypadku osób często są to wpisy z okazji rocznicy ich urodzin lub śmierci. Wiadomo, że najwięcej piszę o rodzicach. Ostatnio jednak była rocznica śmierci mojego byłego męża, którego nazywam Eksiem (najpierw się rozwiedliśmy a potem zmarł) i pozwoliłam sobie na wpis właśnie w takim formacie, czyli do 2 000 znaków. Nie było to łatwe, bo życie z Eksiem do łatwych nie należało, co uwzględniłam we wpisie, który brzmiał:
Dziś mija 14 rocznica śmierci mojego byłego męża. Mój przyjaciel, kochanek, mąż i kat w jednym. Czas wprawdzie nie leczy ran tylko uczy z nimi żyć, ale… on już niczego zmienić nie może, a pod koniec życia wielokrotnie przeprosił za wszystko. Dlatego czas na dobre wspomnienie i okazja, by pokazać jedno z moich ulubionych zdjęć tego człowieka kochającego wolność, nienawidzącego konwenansów i hipokryzji. A jednocześnie uwikłanego w patriarchalny obraz świata. Cezarego poznałam, gdy byliśmy w szkołach średnich. Często rozumieliśmy się bez słów i mieliśmy takie same poczucie humoru. Miał wiele talentów. Najpierw do akwarystyki, potem do rysowania i fotografowania, które uwielbiał. Do dziś mam sporo jego zdjęć, ale też rysunków i obrazów. Analizując jego los doszłam do wniosku, że przeżycia poprzednich pokoleń często determinują nasz los. On jest tego najlepszym przykładem. Gdyby w lipcu 1944 roku rodzina jego mamy nie wyjechała z Warszawy na letnisko być może wszystko potoczyłoby się inaczej. A tak… wyjechali. Wybuchło powstanie. Kamienica na Freta, w której mieli mieszkanie zniknęła z powierzchni ziemi. Gdy w 1945 roku wrócili do Warszawy nie mieli gdzie mieszkać. Moja teściowa była nastolatką i zamieszkała ze swoim tatą. Jej mama z jej dorosłą już siostrą. To rozbicie rodziny w wieku dojrzewania tak samo jak utrata domu sprawiły, że teściowa nie wiedziała co to kompromis, nie potrafiła stworzyć udanego związku i nie nauczyła tego swojego syna. Sama wychowywała go despotycznie, a jej despotyzm przeszedł na niego… Dziś myślę, że było to męczące nie tylko dla mnie, ale i jego samego. Ona chciała, by syn żył wg jej wskazówek, on chciał, by jego żona, czyli ja – żyła pod jego dyktando. Zmarnowała swoje jedyne dziecko, którego największym sukcesem pozostał… nasz syn. Na tym zdjęciu Cezary, który ma świat u swoich stóp. Jeszcze wszystko może zmienić. I jeszcze nie wie, że nie zmieni i zmarnuje życie…
https://www.facebook.com/photo?fbid=1686603456808586&set=a.119451546857126
Jakież było moje zdumienie, kiedy nagle po kilku komentarzach od znajomych, którzy skupili się na tym jak czas szybko płynie, że pamiętają jak trudne miałam życie (Eksio był kilkakrotnie „bohaterem” moich wpisów na blogu, ilekroć temat przemocy domowej pojawiał się w przestrzeni publicznej), zaczęły pojawiać się komentarze zgoła odmienne. Były to komentarze od zupełnie obcych mi ludzi, potępiające mnie za ten wpis, biorące w obronę Eksia, który był dla mnie katem, aczkolwiek pisząc o nim zawsze staram się pokazać jakieś jego dobre cechy, bo i takie miał. Te wpisy sugerowały, że byłam winna temu, że byłam katowana i sobie na to katowanie wręcz zasłużyłam. Odsądzono mnie od czci i wiary za to, że śmiałam napisać o nieżyjącym człowieku, że mnie katował i że śmiałam poruszyć temat jego matki itd.
Kiedy pierwszy szok związany z treścią komentarzy minął, zaczęłam analizować co się wydarzyło, a nawet zapytałam o to sztuczną inteligencję podsyłając jej statystyki. (Oto screen tylko fragmentu tych statystyk).
Tym razem skorzystałam z Gemini. Oto co przeczytałam:
Nagły skok zasięgu tego posta jest klasycznym przykładem mechanizmu wiralowego, w którym Facebook promuje treść daleko poza dotychczasową grupę odbiorców. Dane wskazują, że aż 1 052 086 wyświetleń pochodzi od osób nieobserwujących profilu, co świadczy o niezwykle skutecznym działaniu algorytmu, który w ciągu zaledwie kilkunastu godzin nadał postowi niemal wykładniczą dynamikę wzrostu. Niestety, tak masowa ekspozycja niesie ze sobą istotne wyzwania; w obliczu tak szerokiego dotarcia, post trafia do przypadkowych użytkowników o skrajnie różnych światopoglądach, co w tym przypadku zaowocowało napływem negatywnych i napastliwych komentarzy. Zjawisko to jest typowym skutkiem ubocznym wiralowości, ponieważ dla algorytmu Facebooka każda aktywność – w tym również emocjonalne, negatywne reakcje – stanowi sygnał do dalszego promowania treści. Mimo imponującej liczby wyświetleń, stosunkowo niski współczynnik zaangażowania oraz ograniczona konwersja na nowych obserwujących sugerują, że treść stała się bardziej obiektem masowej dyskusji niż narzędziem budowania długofalowej, zaangażowanej społeczności. W takiej sytuacji nie należy traktować negatywnego odzewu jako oceny wartości twórcy, lecz jako zjawisko wpisane w specyfikę viralu, co wymusza konieczność aktywnej moderacji i odpowiedniego zarządzania wizerunkiem w tak trudnym środowisku komunikacyjnym.
W ten sposób okazało się, że podobnie jak w przypadku mojego wpisu na temat odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego tak i ten wpis zaczął algorytm Facebooka podsuwać zupełnie obcym dla mnie ludziom, którzy w życiu nie byli na mojej stronie i którzy zaczęli oceniać mnie jako człowieka po tych 2 000 znaków potępiając mnie i wybielając mojego oprawcę. Byli to zarówno mężczyźni, których jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo bronią swojej płci. Ale kobiety? Pojawia się pytanie kto mi dał prawo do pisania tego wszystkiego. Otóż prawo dało mi 25 lat z nim znajomości, a co za tym idzie 25 lat obserwacji i analizy jego życia oraz życia teściowej.
Przy czym w limicie 2 000 znaków nie znalazły się informacje o tym, że kiedy mój mąż po rozwodzie wrócił do swojej matki katował również ją. Nie było więc tam historii np. o tym jak teściowa zadzwoniła do mnie, bym zabrała od niej jej wnuka, a mojego syna, a ja pojechałam po dziecko i od zapłakanego malca dowiedziałam się, że: „tata rzucił babcią o sedes, pękła rura, a ja nocowałem u Pani Gieni” (czytaj: sąsiadki).
Dlatego, że były to 2 000 znaków, nie napisałam o tym, że prawo do pisania dały mi blizny na głowie i wgniecenie w czaszce, żebra zrośnięte po połamaniu, gdy kopał mnie podkutymi butami i wiele innych blizn, których opisywać już mi się nie chce, bo nie chodzi o to, by tym epatować.
Te 2 000 znaków sprawiły, że nie napisałam, że wygrałam życie, bo o tym jak pobił mnie do nieprzytomności policję zawiadomiła moja sąsiadka i ta sąsiadka powiedziała mi:
Nie zapomnę (…) co mówili do niego policjanci, jak go prowadzili. Dawali rady, że żonę trzeba bić cicho, bo jak jest głośno, to sąsiedzi słyszą i oni muszą interweniować…
Mnie w tym czasie zabierało pogotowie.
Tylko dlatego, że to 2 000 znaków nie napisałam, że kiedy zabierało mnie to pogotowie to moja teściowa, a matka mojego męża, odmówiła opieki nad naszym wspólnym dzieckiem i powiedziała, że niewiele ją to obchodzi i sami się tym zajmujmy. Mojemu czteroletniemu wówczas synowi groziła wtedy Policyjna Izba Dziecka. By tam nie trafił przyjechał zająć się nim najlepszy przyjaciel mojego męża, który później – kiedy mój mąż miał sprawę karną o znęcanie się, co było ścigane z urzędu – zeznawał przeciwko niemu. A jednak nadal potem się przyjaźnili. Na skutek zeznań przyjaciela Eksio został skazany na 2 lata więzienia w zawieszeniu. Ponieważ rozprawa miała miejsce kilka lat po rozwodzie, więc po ogłoszeniu wyroku oboje poszliśmy do McDonalda – na marginesie: na mój koszt.
W tych 2 000 znaków nie znalazła się informacja, że po tym ostatnim pobiciu, które było jednym z wielu, zdecydowałam się na rozwód, bo oczami wyobraźni zobaczyłam siebie w grobie, jego w więzieniu zaś dziecko w Domu Dziecka (sic!). Bo tym co łączyło mnie z moim pierwszym mężem (poza poczuciem humoru, zainteresowaniami i pasjami) byli starzy rodzice. Obie nasze matki miały po 40 lat, kiedy nas urodziły i raczej sąd by im opieki nad wnukiem nie przyznał.
W tych 2 000 znaków nie znalazła się też informacja, że prawo do oceny życia mojego byłego męża dało mi również to, że to ja przez wiele lat nie pobierałam od niego alimentów na syna, że to ja mimo rozwodu zorganizowałam pogrzeb jego matki, że to ja sfinansowałam jego pogrzeb, choć znajomi mówili, że na to nie zasłużył. Nota bene, by móc ten pogrzeb opłacić sprzedałam złotą bransoletkę, a ponieważ było to zbyt mało, więc pomogła mi redakcja pisma Mieszkaniec, której redaktor naczelny ś.p. Wiesław Nowosielski zapłacił mi za nie napisane artykuły. Pisałam je potem, by spłacić dług zaciągnięty na ten pogrzeb. Zdecydowałam się pochować Eksia, bo był ojcem mojego syna i chciałam dać dziecku przykład jak powinien się zachowywać przyzwoity człowiek, jakim zawsze staram się być. Nigdy nie broniłam Eksiowi dostępu do dziecka, miał z synem cały czas kontakt, choć często przynosił mu wstyd. Dlatego przyznam, że trochę mi się chciało śmiać, gdy czytałam jak to syn mi kiedyś podziękuję za ten wpis i negatywnie oceni moje życie. Mój syn już dawno je ocenił i wielokrotnie dał wyraz wielkiej swojej miłości do mnie, ale też i wdzięczności za to, że w swoim czasie podjęłam decyzję o rozstaniu z jego ojcem. Bo to dało mu w miarę normalne dzieciństwo.
W tych 2 000 znaków nie znalazła się również informacja, że prawo do pisania o moim byłym mężu i oceny jego życia dał mi również to, że to ja sfinansowałam litery na jego grobie, a także litery na grobie dotyczące jego matki oraz znajdujący się na jego grobie medalion.
Wszyscy ci, którzy ocenili mnie po 2 000 znaków nie zwrócili uwagi na to, że napisałam o talentach mojego byłego męża, a skupili się tylko na tym, że napisałam o nieżyjącym człowieku, że był moim katem. Był. Zarzucono mi, że kto mi dał prawo oceniania jego życia jako zmarnowane. Otóż – piszę to na koniec – on sam. Tak ocenił swoje życie na kilka miesięcy przed śmiercią, kiedy mówiłam mu, że jeszcze wszystko może zmienić. „Za późno” – odparł. Oceniłam to jego życie jako zmarnowane, bo za takie uważam życie, które kończy się w wieku 42 lat nie z powodu chorób, ale w wyniku śmierci na melinie po przedawkowaniu ukradzionego jakiemuś narkomanowi metadonu.
Oburzono się, jak mogłam ocenić jego matkę. Ano mogłam, gdyż była to kobieta, która poproszona przeze mnie wielokrotnie o pomoc, by jej syn się opanował, nie zrobiła w tym kierunku nic. Zapłaciła za to zresztą bardzo wysoką cenę, bo jak już wspomniałam, później to ona była przez niego bita.
Jeden z komentujących napisał:
Jestem zdegustowany tekstem. Artyści są osobami rozchwianymi emocjonalnie i to jest jedyne wytłumaczenie.
Przepraszam bardzo, ale ja też jestem artystką – autorką książek, filmów, scenariuszy itd. Dlaczego Eksiowi w imię własnego artyzmu, a co za tym idzie zmarnowanego talentu, wolno było mnie bić, a mnie nie wolno napisać o nim per „kat”?
Wreszcie ostatnia sprawa. Algorytm Facebooka podpowiedział ludziom coś, co najwyraźniej było zgodne z ich wcześniejszymi zainteresowaniami, które Facebook zaobserwował. Każdy ich komentarz sprawił, że następnym razem Facebook będzie im podpowiadał właśnie takie wpisy. I będzie to robił nawet wtedy, kiedy oni pod moim postem napisali, jak jestem głupia, zła, żałosna, śmieszna i podła itd. Algorytm Facebooka będzie im takie rzeczy podsyłał, by oni innym ludziom też pisali, że są idiotami, chamami, są żałośni etc.. Będzie im to podsyłał nawet wtedy, gdy oni uważają, że pisanie o prywatnych sprawach w mediach społecznościowych jest obrzydliwe. Ich reakcja w postaci jakiegokolwiek emotikonu sprawi, że Facebook znów pokaże im coś takiego.
A ja z góry uprzedzam: o tej mojej prywatnej sprawie jaką jest przemoc domowa, z którą miałam do czynienia w moim pierwszym małżeństwie, będę pisała wszędzie, gdzie się da i będę to robiła dopóty, dopóki przemoc domowa mężczyzn wobec kobiet nadal będzie dotyczyła tak ogromnej rzeszy społeczeństwa i nie będzie stanowiła marginesu! Tylko głośne mówienie o tym, że „Dom dobry” to nie tylko film, ale realne życie wielu kobiet – daje szansę na to, by taką przemoc powstrzymać.
ChatGPT dla mnie zebrał informacje o przypadkach przemocy domowej w Polsce z ostatnich sześciu lat i tak:
Z policyjnych statystyk wynika, że każdego roku ofiarami przemocy domowej pada od około 70 do 85 tysięcy osób, a kobiety stanowią blisko trzy czwarte wszystkich pokrzywdzonych. W 2020 roku odnotowano około 85 tys. ofiar, w 2021 – około 76 tys., w 2022 – około 71 tys., w 2023 – ponad 77,8 tys., w 2024 – ponad 78 tys., a w 2025 liczba ta utrzymała się na poziomie około 75–77 tys. osób. Jednocześnie zdecydowaną większość sprawców stanowią mężczyźni. Za tymi liczbami kryją się ludzkie dramaty, które co jakiś czas trafiają na pierwsze strony gazet. W Poznaniu w 2023 roku wieloletnia przemoc zakończyła się śmiercią kobiety pobitej przez męża. W tym samym roku w Częstochowie mężczyzna zamordował żonę, mimo że wcześniej pojawiały się sygnały o przemocy w rodzinie. W 2024 roku media szeroko opisywały warszawską sprawę mężczyzny oskarżonego o wieloletnie znęcanie się nad żoną i dziećmi. Z kolei w 2025 roku głośno było o tragedii w Bytomiu, gdzie po latach przemocy mężczyzna śmiertelnie pobił swoją żonę. Takie przypadki są najbardziej medialne, ale każdego roku policja prowadzi dziesiątki tysięcy interwencji związanych z przemocą domową, a eksperci podkreślają, że rzeczywista skala zjawiska jest jeszcze większa, ponieważ wiele ofiar nigdy nie zgłasza swoich doświadczeń odpowiednim służbom.
Piszę o tym swoim doświadczeniu, bo wygrałam życie i swoim przykładem chcę pokazywać kobietom, że można się z takiej matni wyrwać. Jestem zawsze po stronie wszystkich maltretowanych kobiet i nigdy w życiu bym sobie nie pozwoliła na to, by kiedykolwiek którąkolwiek z nich oskarżyć o to, że jest sama winna temu, że była krzywdzona! Na FB oceniamy czyjeś życie tym szybciej i chętniej im mniej na ten temat wiemy. 2 000 znaków to naprawdę zbyt mało, by wyrobić sobie zdanie. Ale dla Instagrama jest to na tyle dużo, bym mogła cokolwiek napisać, co będzie zawierało cząsteczkę prawdy.
Zdaję sobie sprawę z tego, że ten mój tekst jest dość długi. Wiem, że ludzie, którzy wchodzą na Facebooka w poszukiwaniu łatwych treści, a na mojej tablicy znaleźli się, bo podpowiedział mi algorytm nie będą w stanie go przeczytać. Ich postawę życiową przyjmuje do wiadomości. Ale nie zamierzam milczeć ani poddawać się dyktando osób, które oceniły mnie po 2000 znaków tekstu jednocześnie zabraniając mi oceniać człowieka, którego bardzo dobrze znałam przeszło ćwierć wieku.
A na koniec kompletny paradoks: wiele miesięcy temu uruchomiłam na swoim fanpejdżu tzw. monetyzację. Moje konto jest zweryfikowane dowodem osobistym itd. dlatego wszelkie wysyłane mi na priv informacje, że zaraz zostanie zamknięte (czym trudnią się różne trolle) od razu wrzucam do spamu. Przez wiele miesięcy nie zarobiłam na swoim fanpejdżu nic. Zresztą uruchomienie monetyzacji przeze mnie miało być eksperymentem udowadniającym znajomym, z którymi rozmawiałam o zarabianiu w internecie, że na udostępnianych przeze mnie niszowych treściach nie da się zarobić. I tak było. Nie zarabiałam. Aż nagle… zarówno wpis dotyczący odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, jak i wpis o 14 rocznicy śmierci mojego byłego męża przyniosły mi pierwszy w historii Facebooka zarobek. Pierwszy wpis 13 dolarów i 44 centy, a drugi 16 dolarów i 8 centów. (Oto wyniki).

Zapewne za jakiś czas nastąpi wypłata, bo minimalna wypłacana kwota to 25 dolarów, a 13,44 + 16,08 = 25,52. Jest to dla mnie wstrząsające! Oto Facebook pozwolił mi zarobić na postach, które wśród użytkowników Facebooka wygenerowały nienawiść i pogardę do mnie! Nienawiść skutkującą w przypadku pierwszego posta wyzwiskami i groźbami – w tym groźbami śmierci. Natomiast w przypadku drugiego posta różnego rodzaju inwektywami i dowodami takiej pogardy dla moich przeżyć ofiary przemocy domowej, jaką trudno mi było wcześniej sobie wyobrazić. Niestety nie tylko te pieniądze, ale żadne pieniądze nie wyprostują wklęśnięć na mojej czaszce, nie zlikwidują blizn i nie wymażą z mojej pamięci różnych strasznych wspomnień. Tak samo jak żadne pieniądze nie zmienią faktu, że po reakcji czytelników na post o Orderze Orła Białego bałam się wyjść z domu, bo grożono mi śmiercią. Poważnie zastanawiam się nad tym, co zrobić, by Facebook przeszedł ewolucję i zmienił się w medium, które jest pro-ludzkie a nie anty-ludzkie. Na medium nie nastawione na generowanie dochodów za publiczne zachęcanie ludzi do siania nienawiści. Każdy z moich jednorazowych czytelników, któremu wyświetlił się mój post mógł w niego nie klikać i nie czytać go, a po przeczytaniu kliknąć „nie interesuje mnie ten twórca” lub „nie interesują mnie te treści”. Co wybrał? Komentarz, z których najłagodniejszy brzmiał: „gówno mnie to obchodzi”.
Reakcja na te dwa moje posty na FB jest dla mnie dowodem, że jako społeczeństwo marzymy o powrocie pręgierza. Chociaż zapewne oficjalnie nikt z komentujących by się do tego nie przyznał.
A na zdjęciu ja w dybach na Zamku w Czersku. Zdjęcie zostało zrobione 15 lat temu. Jeszcze nie wiedziałam, że znajdzie się choć jeden ktoś, kto chciałby mnie naprawdę tam zobaczyć. A już do głowy by mi nie przyszło, że będzie ich rzesza. Ilu? jak wynika ze statystyk ok. 90% z przeszło miliona do których ten post dotarł.
PS A o przemocy w moim pierwszym małżeństwie pisałam już tutaj:
http://blog.piekarska.com.pl/?p=137742



















