
Samoloty E-3A są jednocześnie latającymi stanowiskami dowodzenia.Wykorzystując system JTIDS (Joint Tactical Information Distribution System – Połączony System Dystrybucji Informacji Taktycznej) w czasie rzeczywistym, bezprzewodowo przesyłają dane do jednostek operacyjnych na morzu, lądzie i w powietrzu.

Monetę obejrzałam w kilka minut i się znudziłam. Samolot oglądałam półtorej godziny i cały czas czuję niedosyt. Fakt, że wpuszczano nas do środka w dwudziestoosobowych grupkach i kazano dość szybko przemieszczać się powodował, że nie mogliśmy w środku być tyle, ile chcieliśmy i zadać takiej liczby pytań jaką zadać chcieliśmy oraz uzyskać takich odpowiedzi, jakie w pełni by nas satysfakcjonowały. Z samolotem czuję więc niedosyt. Z monetą przesyt, bo choć złota, to poza mało skomplikowanymi wzorkami na awersie i rewersie, to jako przedmiot nie niesie ze sobą nic. Poza tym, że co chwila ktoś zastanawia się, co by sobie za nią kupił. Moneta pokazuje jeszcze bardziej, że wynalazek Fenicjan pcha nas w jakieś dziwne otchłanie materialistycznego złotego piekła. To ja już wolę samolot. I nie dlatego, że jest droższy od monety. I nie dlatego, że lata po niebie, bo w końcu zwiedzałam go, gdy stał na ziemi. Wolę go, bo niesie w sobie więcej treści. Jest to i trochę duma z faktu, iż człowiek na chwilę ujarzmił jeden z czterech żywiołów – powietrze. Bardziej jednak duma z tego, że w liczącej 17 członków załodze NATO trzech stanowią nasi, a jeden z nich jest nawet dowódcą. Poza tym wolę oglądać cudze miejsca pracy niż coś, co omamia ludzi. Samolot rodzi w moim umyśle wiele historii. Moneta, poza historią z rzucaniem nią na ladę ze słowami „reszty nie trzeba”, jeszcze jedną. O wielkiej kradzieży godnej wpisania do Księgi Rekordów Guinessa, w której jest owa moneta. Nuda. A na zastanawianie się, co bym zrobiła, gdybym nagle wygrała milion, zawsze było mi szkoda czasu.