Mobbing jest w nas!

Spread the love

Od kilku dni czytam o mobbingu w szkołach aktorskich. Opisują byłe studentki, ale i byli studenci. Nie jest bowiem tak, że gnębione są tylko dziewczyny albo tylko chłopcy. Wpisy absolwentów są straszne. Opisywana jest przemoc słowna, a nawet fizyczna. Opisywane jest poniżanie, wyzwiska, gnębienie. A jednak… znajdują się też głosy broniące oprawców. Głosy usprawiedliwiające ich, bo ofiary wyszły na ludzi. Czy to usprawiedliwia?

Kiedyś mówiło się znęcanie. Dziś mobbing. Wtedy, gdy było to „tylko” „znęcaniem” było też częścią codziennego życia. Zaczynało się… w przedszkolu, a więc tam gdzie dziecko po raz pierwszy spotykało się z władzą (choć może było i w żłobkach, ale żłobka przeważnie się nie pamięta). Mnie spotkało w przedszkolu. Opisałam to w swojej niewydanej do tej pory książce pt. „Jedynaczka z PRL”.

Z kilku mnie wyrzucono za niegrzeczne zachowanie, bo ciągle biegałam lub śpiewałam, a przecież powszechnie wiadomo, że dorośli chcą, by dzieci siedziały cicho. Wreszcie tata znalazł miejsce na placu Trzech Krzyży. To było bardzo daleko od domu, a my nie mieliśmy samochodu. Tata woził mnie tam tramwajami i autobusami. Chodziłam tam jednak tylko przez miesiąc. Wszystko dlatego, że cały czas nie byłam grzeczna, nadal ciągle biegałam, tańczyłam i śpiewałam, a to nie podobało się paniom, więc w tym przedszkolu właściwie bez przerwy stałam w kącie. Pewnego dnia, gdy znów stałam w kącie, zachciało mi się siusiu. Pani nie pozwoliła mi wyjść z kąta. Gdy tata przyjechał mnie odebrać, byłam zasiusiana, a na dodatek od obtarcia miałam krwawe rany na udach. Był to ostatni mój dzień w tym przedszkolu. Tata tak się wściekł, że nawet nakrzyczał na panią! Potem rodzicom cudem udało się załatwić miejsce dla mnie w przedszkolu na ulicy Stołecznej.

Potem była podstawówka z wychowawczynią, którą też opisałam.

Nasza wychowawczyni była zresztą okropna. Miała na imię Mieczysława, była stara, gruba, nie lubiła mnie i na każdym kroku dawała mi to odczuć. Myślę, że nie lubiła mnie dlatego, że przyszłam do szkoły, umiejąc czytać i pisać. Podobnie było z Pawłem, więc i jego nie bardzo lubiła. Ona tu uczy dzieci stawiać laseczki i kółeczka, a my już to umiemy. Musiało to być dla niej straszne. Gdy byliśmy w pierwszej klasie, wpadła na pomysł nagradzania nas za dobre zachowanie broszkami – czerwonymi serduszkami. Oprócz tego każde dziecko dostało broszkę przypiętą do fartuszka: chłopcy złote jamniki, a dziewczynki biedronki. Chodziło o to, byśmy odróżniali się od dzieci z sąsiednich pierwszych klas. Czerwone serduszka były dodatkiem mającym pokazać tych najlepszych. Bardzo się starałam dostać czerwone serduszko, ale pani Mieczysława nie była skłonna mi je wręczyć. Po całym tygodniu, kiedy nie dostałam żadnej uwagi i ani razu nie stałam w kącie, podeszłam do niej i po prostu się upomniałam. Nie znalazłszy argumentów, dała mi serduszko, ale podkreśliła, że w razie czego będę musiała oddać. Pani Mieczysławy nie lubiłam do tego stopnia, że do dziś pamiętam, jak bardzo się ucieszyłam, gdy pewnego dnia, siadając na krześle za biurkiem, siadła jakoś tak, że wycelowała obok i rozkraczona wylądowała na podłodze. Bardzo mnie to ubawiło, bo cała klasa zobaczyła jej wielkie, koronkowe gacie z nogawkami. Jednak ta moja radość nie spodobała się pani Mieczysławie i postawiła mnie do kąta. Kąt był tym miejscem, w którym przez pierwsze dwa lata szkoły spędzałam najwięcej czasu. Drugie tyle klęczałam pod tablicą z rękoma do góry, bo to była druga niezwykle wymyślna kara stosowana przez panią Mieczysławę wobec tak okropnych bachorów, do jakich mnie zaliczała. Jej niechęć do mnie musiała być duża, bo pamiętam, że pewnego dnia zrobiła coś naprawdę okropnego. Coś, co zaważyło na całym moim szkolnym życiu. Moja mama zawsze powiadała, że nauczyciel to ktoś mądry, dobry i należy go słuchać. Było to dla mnie trudne do zaakceptowania, bo pani Mieczysława nie wydawała mi się specjalnie mądra, a już na pewno nie dobra, jednak cały czas gdzieś tam z tyłu głowy brzmiały mi słowa mamy i w całej historii z panią Mieczysławą czułam się winna. Aż pewnego dnia, kiedy na szkolnym korytarzu podziwiałam dekoracje, do stojącej obok pani Mieczysławy podeszła jakaś inna pani i powiedziała, że ktoś zniszczył rysunki wiszące na korytarzu przy pracowni fizycznej. Miałam siedem lat i nie tylko nie miałam pojęcia, co to jest fizyka, ale nawet nie wiedziałam, gdzie jest ta pracownia fizyczna, więc ciekawa przysunęłam się bliżej i zaczęłam nasłuchiwać. W tym momencie pani Mieczysława złapała mnie za ucho, które z całej siły wykręciła, i powiedziała:
– To na pewno ty. Ty jesteś do tego zdolna! – A potem postawiła w kącie na resztę przerwy i pół lekcji. Ta jawna niesprawiedliwość sprawiła, że znienawidziłam ją do końca życia i od tej pory wszystkim jędzom i czarownicom w książkach i pismach dla dzieci dorysowywałam niezliczoną ilość pypci i podpisywałam ich podobizny imieniem i nazwiskiem pani Mieczysławy. No i przestałam wierzyć, że nauczyciel to ktoś z zasady dobry i kochający dzieci.

Potem liceum i pani od polskiego odmalowana przeze mnie w postaci polonistyki – prof. Płochowskiej w powieści „LO-teria”.

Na studiach z historii sztuki był profesor. Uczył architektury średniowiecznej. Do dziś pamiętam, jak kolega spytał go jak wchodziło się na emporę w kościele św. Jerzego w Inwołodzu, a profesor powiedział: „średnio inteligentny człowiek domyśli się, że po czymś pomiędzy drabiną a grzędą.” Był niemiły do tego stopnia, że jawnie okazywał jaką przyjemność sprawia mu wyśmiewanie się z niewiedzy studentów, gnębienie ich i tak dalej. Objazd naukowy z nim do dziś wspominam jako koszmar. Pewnego razu nie przyszedł na zajęcia. Nie było go zresztą na uczelni ponad tydzień. Zbiegło się to ze znalezieniem przeze mnie w Życiu Warszawy krótkiej wzmianki, która brzmiała.

Nieznane są przyczyny, dla których rozszalały (tu imię i inicjał nazwiska) porąbał siekierą maskę samochodu. Furiata ujęła policja.

Ponieważ imię i inicjał nazwiska zgadzały się z imieniem i inicjałem nazwiska profesora-sadysty, więc… wycięłam notkę z gazety i ukradkiem powiesiłam na tablicy w instytucie z napisanym drukowanymi literami flamastrem komentarzem: „Już wiemy skąd nieobecność”. Wycinek wisiał dość długo, sprawiając swoją treścią radość chyba wszystkim studentom. A fakt, że nie znikał, choć czytali go także profesorowie chichrając się pod nosem, pokazywał, że wiedza o jego stosunku do studentów była na uczelni powszechna.

Po latach od młodszej koleżanki, która też kończyła mój instytut, dowiedziałam się, że profesor już nie wykłada. Został zwolniony właśnie za… znęcanie się nad studentami. Czyli… można!

Zachowanie niektórych moich nauczycieli sprawiło, że gdy jako już bardzo, ale to bardzo dorosła osoba, a nawet matka dorosłego człowieka, poszłam nauczyć się pisać scenariusze filmowe i natrafiłam na podobną osobę byłam po prostu zaprawiona w boju. Uczący mnie sztuki scenariopisarstwa scenarzysta – autor wielu scenariuszy naprawdę wybitnych i nagradzanych filmów, traktował nas – przyszłych scenarzystów – z niesłychana pogardą i lekceważeniem. Często miałam wrażenie, że zajęcia z nami odbiera jak jakąś karę. Uczy, bo musi zarabiać. Ale nie lubi tego co robi, a przede wszystkim nie lubi nas – idiotów. Prawdopodobnie dlatego naukę rozpoczynało 18 osób, a dyplomy w terminie obroniły dwie osoby (w tym ja) plus dwie inne zrobiły to po jakimś czasie. Wraz ze mną naukę pobierała pewna znana aktorka. Była przez naszego „profesora” traktowana o wiele łagodniej, a jednak… poddała się. Powiedziała mi, że ma zbyt ciężkie życie, by znosić coś takiego i jeszcze za to płacić. Tak bowiem było, że trwająca dwa lata nauka była płatna i to niemałe pieniądze. Jednak ten ostatni mobbing ze strony nauczyciela, który zbiegł się z moim odejściem z TVP (gdzie miałam do czynienia z mobbingiem ze strony niektórych przełożonych) sprawił, że… wylądowałam na kanapie u psychologa. Psycholog uświadomił mi, że mobbing towarzyszy mi od dziecka. Że ja się do niego przyzwyczaiłam, więc nauczyłam się sobie z tym radzić, bo jakoś ostatecznie zwyciężam i nie rezygnuję z marzeń czy planów. Pozostało jednak otwarte pytanie: Jakim kosztem?

Często myślę, że wprawdzie z jednej strony może gdyby nie moja (jednak trochę toksyczna) mama nie zostałabym pisarką? Musiałam przecież wymyślać sobie jakieś swoje światy i opowiadać sobie swoje historie, by przetrwać. Może nie zostałabym nią, gdyby nie koleżanki i koledzy, którzy znęcali się nade mną w podstawówce? Może nie pisałabym, gdyby nie straszna pierwsza wychowawczyni z tejże podstawówki? A już zwłaszcza, gdyby nie straszna polonistka w pierwszym moim liceum, równie straszna ta w drugim, odmalowana zresztą przeze mnie w „LO-terii”? Plus oczywiście jeszcze kilka innych osób, które się nade mną przez lata mniej lub więcej pastwiły. Ale… może byłabym mniej znerwicowana? Spokojniejsza? Szczęśliwsza? Może robiłabym inne rzeczy?

Życie nie jest czarno-białe. Nie jest nic w nim proste. Przemoc i mobbing też się w te meandry życia wpisują. W jaki sposób? Przede wszystkim zdarza się, że rzeczywiście uczą twardości i charakteru, ale… jakim kosztem? Mnie uczyniły silniejszą. Jednak naprawdę nie jestem z tego powodu szczęśliwa. Ciągle nie mam pewności siebie, co przy moich sukcesach (to zdanie psychologa, bo mnie się one wydają żadne. W końcu czym jest napisanie kilkunastu książek i wydanie ponad 10? Kraszewski napisał ponad 400 i to w czasach, gdy nie było jeszcze komputera) jest po prostu smutne. Niestety to właśnie mnie się jednak ciągle wydaje, że jestem nikim, zerem, złą pisarką itd. I codziennie robię wszystko, by lepiej pisać, lepiej tworzyć i być lepszą. Staram się! Znam jednak setki osób, które się nie starają, bo dawno się załamały. Znam ludzi, którzy przez mobbingujących ich nauczycieli nie pokończyli szkół średnich, znam takich, którzy zrezygnowali ze studiów itd. Znam też przypadki odbierania sobie życia, długotrwałej depresji, a nawet popadnięcia w chorobę psychiczną etc.

Maciej Stuhr odnosząc się do sytuacji w krakowskiej Akademii Teatralnej napisał:

NIGDY nie spotkałem się z sytuacją, w której upokorzenie, przemoc psychiczna, czy jak to się ładnie nazywa „złamanie”, czy też „otwieranie przez złamanie” aktora, zwłaszcza młodego i niedoświadczonego dało JAKIEKOLWIEK pozytywne rezultaty.

Skąd więc bierze się mobbing w szkolnictwie? Moja przyjaciółka, która jest nauczycielką, o czym zresztą marzyła od dziecka, powiedziała mi, że 90% ludzi idzie uczyć innych, bo daje im to poczucie władzy. Być może tu tkwi odpowiedź. Władza to odpowiedzialność. Nieodpowiedzialny władca władzy nadużywa. Czemu mobbingujący nauczyciele jej nadużywają?

Moje zdanie, które wynika z długotrwałych, wieloletnich obserwacji bardzo różnych sytuacji, mówi mi, że nadużywanie władzy i przemoc oraz mobbing ze strony nauczycieli rodzą się z… doświadczonej przemocy przemocowca. Naprawdę przemoc rodzi przemoc. To trochę jak z pedofilią, której mechanizm pokazały i filmy dokumentalne o pedofilii braci Sekielskich i amerykański film fabularny pt. „Spotlight”, a także polski film w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Pedofil sam wcześniej był ofiarą pedofilii. Podświadomie uważa, że skoro przeżył i jakoś funkcjonuje to… nic specjalnego mu się nie stało. Nie stanie się więc nic jego ofiarom. To tak działa. Z przemocą jest podobnie. Znęcający się nad uczniami w większości sami byli ofiarami takich pedagogów. Podświadomie uważają, że nic im się nie stało, bo… wyszli na ludzi. Czasem nawet mówią o tym głośno i dodają: „Jeszcze mi podziękujesz!”. Wmawiają, chyba bardziej sobie niż innym, że to co ich spotkało wyszło im na dobre. I powtarzają ten mechanizm. A przerwanie tego zaklętego kręgu może przynieść tylko uświadomienie sobie problemu.

Gdy przyszłam do telewizji spotkałam się z mobbingiem ze strony niektórych starszych i bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów. Dlatego, gdy potem przychodzili młodsi robiłam wszystko, by nie postępować z nimi tak, jak postępowano ze mną. Wielu z nich odzywa się do mnie do dziś, mimo, że nasze drogi dawno się rozeszły.

Jestem zakompleksiona, jestem niepewna siebie i mam ogromną potrzebę lubienia całego świata i wszystkich. A także wyrzuty sumienia, gdy kogoś nie lubię. Bo może nie wiem o nim wszystkiego? Może to źle? Mam też głód bycia lubianą, bo lata uchodzenia za najgorszą, najgłupszą i kompletne zero, które będzie w życiu nikim, odcisnęły w moim życiu ogromne piętno. Choć nie jestem specjalnie religijna (nigdy nie miałam ślubu kościelnego etc.), to jednak pouczenie św. Pawła z Listu do Rzymian: «Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj» (12,21) jest tym co staram się, by mi przyświecało. Ale i mnie nie zawsze się to udaje. Bo wszystko to jest bardzo, ale to bardzo trudne.

Na zdjęciu ja z z mamą. Z czasów, gdy uchodziłam w szkole za debila, a i mama uważała, że nic ze mnie nie będzie.

Print Friendly, PDF & Email

Author: Małgorzata Karolina Piekarska

dziennikarka, pisarka, blogerka.